Bożena Suchanek
 beskidzki hidżab

Na łamach Moja Anglia, podobnie jak Carrie Bradshaw w Seks w wielkim mieście, w dowcipny sposób opisuje perypetie związane z randkowaniem i zabawne historie, które z tegoż randkowania wynikają. Bezpośrednia, szczera, przyciągająca uwagę swoim nietuzinkowym wyglądem. Plastyczka, felietonistka, blogerka, youtuberka, autorka książki TEN KTÓRY DAJE ODPOWIEDŹ. Bożena Suchanek, kobieta niepokorna, w wywiadzie dla Fourth Son.

fourth son project.jpg

FS: Do Wielkiej Brytanii przyjechałaś dobre kilka lat temu. Zadomowiłaś się, nawiązałaś przyjaźnie, założyłaś popularnego bloga. Skąd się wzięła dziewczyna, która z taką otwartością i zaangażowaniem stworzyła społeczność fanpejdżu Moja Anglia?

 

BS: Pochodzę z niewielkiej miejscowości położonej na południu Polski, z terenów beskidu żywieckiego, które zasłyneły jako Westerplatte Południa. Jest to miejsce bajkowe pod względem natury i bolesne pod względem spomnień z czasów II Wojny Światowej. Fortyfikacje i pomniki poległych, już na stałe wpisane są w piękne kraobrazy, w lasy i pagórki. Jest to też miejsce przydrożnych kapliczek, które znajdują się w prywatnych ogródkach przy drogach. Dzieciństwo spędziłam chodząc po drzewach i łapiąc ryby w strumieniu razem z chłopakami z sąsiedniej wioski. Jadłam marchewkę wyjętą prosto z grządki i otartą o spodnie. Znosiłam graty ze śmietnika i z nich urządzałam dom w ogrodzie. Wychowałam się na wsi, ale nie było to sielskie dzieciństwo. Pamiętam je jako pełne pracy i odpowiedzialności. Pamiętam też czasy kiedy nie było bieżącej wody i wtedy kąpałam się i pranie robiłam w strumieniu. Określam się jako dziecko konfliktu. Jako mała dziewczynka byłam rozdarta pomiędzy dwiema stronami, które wciąż ze sobą walczyły. Jeśli byłam przyjacielem jednej ze stron, automatycznie musiałam być wrogiem drugiej. I nie mówię  o tym z żalem. To już raczej bezemocjonalne stwierdzenie faktu, zrozumienie tego, co mnie ukształtowało. Dziś traktuję swoją przeszłość i miejsce pochodzenia jako dar, choć być może jakiś psycholog mógłby wciąż dopatrywać się tutaj traumy, przekutej w duchowość.

FS: W Polsce przechodziłaś ciężką depresję. Zgłosiłaś się na leczenie i z powodzeniem wyszłaś z choroby. Jak wyglądała droga do wyzdrowienia i czy wykorzystujesz to doświadczenie w pisarstwie?

BS: Już jako dwunastoletnia dziewczynka miałam pierwsze napady stanów lękowych. Depresja i załamanie nerwowe tylko czekały uśpione. Czekały na słaby moment. I on nadszedł w postaci rozwodu i rozpadu życia. Zdecydowałam się na leczenie, bo czułam, że nie ma innej drogi. Zgłosiłam się do Centrum Interwencji Kryzysowej i stamtąd skierowano mnie do sanatorium, gdzie spędziłam trzy terapeutuczne mięsiące. To był bardzo trudny czas, ale też cudowny i jestem przekonana, że decyzja o ośrodku to był jeden z najlepszych prezentów, jakie mogłam sobie sprawić w życiu. Terapia jest to bolesna droga, wymagająca odwagi i spojrzenia w oczy swoim własnym demonom. Zdrowienie to nieustanny proces zrozumienia siebie, swoich reakcji, rozwoju samoświadomości. Był czas, że o tym wiele pisałam, chciałam dać ludziom nadzieję. Planuję książkę bazującą na wydarzeniach  z czasów terapii. Jednak muszę powiedzieć, że ten okres czasu uważam już za zamknięty. Nie jestem już dziewczyną z ośrodka, czy dziewczyną, która cierpiała na stany lękowe. Nie utożsamian się już z tym. Czuję się dobrze ze sobą, ze swoimi ranami, które raz od czasu się odnawiają. Czuję się dobrze ze swoją odmiennością i ekscentrycznością. Myślę, że taka akceptacja siebie to objaw zdrowia. Myślę też, że są duchowe aspekty depresji, duchowe aspekty przechodzenia przez dolinę demonów, wstępowania do własnych piekieł. Myślę, że depresja może być wołaniem duszy o zmianę, może być tak naprawdę czymś pozytywnym, ale my tego nie rozumiemy. Na samym początku swojej drogi spotkałam panią psycholog, która powiedziała mi ważne słowa: „Kiedyś będziesz wdzięczna za swoją depresję.” Muszę przyznać, że miała rację. Teraz kiedy mam gorsze dni, mówię, że przechodzę kolejną ciemną noc duszy. To tak jakby ziarno znowu włożono do ziemi, lub gąsienica zmieniała się w poczwarkę. To nieustanny cykl przemian.

 

 

FS: Nieoczekiwany wybuch pandemii i niespodziewany atak Rosji na Ukrainę wywołały fale strachu i niepewności o jutro. Przewartościowały cele i sprawiły, że inaczej już podchodzimy do stwierdzenia "ciesz się chwilą".  Jak pod naporem wydarzającej się na naszych oczach historii zmieniło się Twoje życie?

BS: Tuż przed pandemią umarł mój ukochany, angielski wujek. Wiesz, są takie wydarzenia w życiu, które zamykają pewne etapy. I dla mnie coś się skończyło wraz ze śmiercią wujka. Kiedy pandemia wybuchła postanowiłam, że nie będę wyjeżdzać nigdzie z UK dopóki się wszystko dobrze nie uspokoi. Nie widziałam rodziny od dwóch lat. Rzeczywistośc stała się monotonna i czasem trudna do zniesienia. Chciałabym zobaczyć mamę, ale jesteśmy w nieustannym kontakcie telefonicznym, więc nie jest tak źle. Pandemia przyniosła mi przewartościowanie definicji miłości. Dlaczego kochać to znaczy tęsknić i cierpieć? Ja już nie tęsknię. Miłość nie musi boleć. Staram się patrzeć z pozycji obfitości, nie z braku. Wszystko, co kocham nadal istnieje, nie muszę być tam, gdzie moi bliscy, żeby czuć ich miłość. Myślę, że pandemia trochę pozbawiła mnie wrażliwości. Myśl o wojnie niesie strach o przyszłość i o najbliższych w Polsce. Ale wojna przynosi też wiele pytań o ludzkość i o to dokąd zmierzamy i dlaczego nie uczymy się na błędach. Dlaczego wciąż chcemy brać udział w wojnach, które są tylko rozgrywką ludzi na wysokich stanowiskach państwowych. My, cywile, nie jesteśmy w tych wojnach ważni, a jednak lubimy się do nich dołączyć, bo iść na wojnę to znaczy być bohaterem. Bo iść na wojnę to znaczy wymierzać sprawiedliwość. Ludzi bardzo łatwo jest sprowokować i nastawić przeciwko sobie, wystarczy tylko inteligentnie dotknąć tam, gdzie jest nieuleczona rana. Dlatego ja bardzo kwestionuję ten rodzaj bohaterstwa. Zostaną nam po nim znowu pomniki poległych. I traumy, króre będą się ciągnąć przez następne pokolenia. W ten sposób ludzkość nigdy się nie rozwinie. A podstawą rozwoju jest wyleczenie traumy i ograniczenie powstawania nowej. Nie można oczekiwać nowych efektów jeśli się wciąż powtarza tem san scenariusz.

FS: TEN KTÓRY DAJE ODPOWIEDŹ to Twój pierwszy wielki debiut literacki. Pod tajemniczym tytułem kryje się historia poszukującej miłości dziewczyny- Twoja historia. Czy faktycznie opowieść jest autobiografią? I co właściwie kryje się za tytułem książki?

BS: Hahaha, nie wiem czy to taki wielki debiut. Ja nie czuję tej wielkości, raczej małość. I zaczynam proces przyzwyczajania się do bycia nikim. Ale to inna historia. Książka opowiada o poszukiwaniu miłości, ale w znaczeniu innym niż to, które kształtuje popkultura. Mam wrażenie, że znaczenie słowa „miłość” uległo dramatycznej zmianie, że trzeba szukać nowego wzorca. Czy my, w dzisiejszym świecie, potrafimy się jeszcze przyjaźnić? Nie można być przyjacielem każdego napotkanego człowieka, bo to jest fizycznie niemożliwe, przyjaźń to duży wkład emocjonalny. Ale często nie przyjaźnimy się w naszych najbliższych relacjach. Wiesz, jest taka ładna interpretacja angielskiego słowa „intimacy”, które oznacza „into-me-see”. Prawdziwa miłość i intymność jest wtedy kiedy ktoś cię widzi takiego jakim jesteś, ze wszystkimi emocjami. Kiedy możesz po prostu się otworzyć, być sobą, uaktywnić swoje wewnętrzne dziecko, pokazać to miękkie podbrzusze.

„Ten, Który daje Odpowiedź” to inaczej mówiąć Ten, Który Odpowiada Na Każdą Modlitwę. Jest to jedno z imion Boga, jedno z Jego atrybutów. Ale też imię jednego z bohaterów książki. To imię może odgadnąć jedynie osoba dobrze znająca islam. Na pytanie czy książka jest autobiografią odpowiem tak: „wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób”... Znasz dalszy ciąg tego zdania...

bożena suchanek.jpg

FS: Jesteś samowydawcą. Uczestniczyłaś w procesie korekty, składania tekstu, formatowania i wydania ostatecznej wersji w formie ebook. Opowiedz proszę, czego według Ciebie może spodziewać się przyszły selfpublisher?

BS: Przyszły selfpubliszer, podobnie jak przyszły pisarz, może się spodziewać trudnej drogi. I nie mówię tego, aby zniechęcić do pisania i wydawania. Po prostu taki jest fakt. Dlatego nie można się zniechęcać, a w momentach trudnych trzeba po prostu odpocząć, wziąć oddech i potem iść dalej. Dla mnie wydawanie było drogą trudniejszą niż samo pisanie. Wszystko trwało nieskończenie długo, prace nad ukończeniem książki szły mozolnie i niejednokrotnie kwestionowałam pomysł wydania i zaistnienia jak pisarz. Nie obyło się nawet bez łez. Każdy kto próbował tej drogi wie, ile to frustracji. Bardzo często myślimy, że pisanie to sława i czerwony dywan i zakochujemy się w tej właśnie wizji. Natomiast rzeczywistość jest zupełnie inna. Pisanie to godziny spędzone przy laptopie i ciągły - często dosłowny - ból dupy... To podejmowanie codziennie rano tej samej decyzji: decyzji, że chce się pisać mimo, że jest duża szansa, że nasze pisanie nigdy nie przyniesie wymiernego rezultatu. Myślę też, że zarówno pisarz jak i selfpublisher powinni przede wszystkim doceniać siebie samych. Jest jeszcze kwestia tego, że jako selfpublisher jesteśmy traktowani jako gorszy gatunek autora. A jeśli jeszcze wywodzimy się z tak zwanych blogerów, to już mamy przechlapane. Wydawnictwo często odbierane jest przez czytelnika jako rodzaj autorytetu, który decyduje jaka książka jest dobra, a jaka nie. Dlatego selfpubliserzy mają nieco pod górkę.

fourth son project.png

FS:Po wydaniu ebooka zdecydowałaś się na wydanie papierowe. Skorzystałaś z możliwości oferowanych przez amerykańskie przedsiębiorstwo handlowe Amazon. Jak wyglądał proces wydawniczy, z jakimi kosztami druku mamy do czynienia i czy poleciłabyś autorom tę drogę publikacji?

BS: Plusem w  wydawaniu przez Amazon są koszty, które są praktycznie żadne. Autor po prostu musi załadować manuskrypt do specjalnego programu, opracować okładkę i przejśc weryfikację. Każda książka drukowana jest na zamówienie więc unikamy też zużycia papieru i kosztów magazynowania. Do pisarza trafia około trzydzieści, czterdzieści procent ceny książki. To wszystko brzmi fantastycznie. Jest tylko jeden bardzo poważny problem. Amazon nie akceptuje języka polskiego. Wciąż można znaleść na tej platformie polskie książki, jednak słyszałam, że są teraz nieakceptowane a polskojęzyczni autorzy są proszeni o zdjęcie książek z platformy. Mi udało się umieścić książkę na Amazonie przez czysty przypadek. Kilka dni po akceptacji manuskryptu dostałam maila, w którym platforma twierdziła, że nastąpiła pomyłka, ale ponieważ teraz nie mogą sami zdjąć mojej książki, proszą uprzejmie, abym to zrobiła sama. Nie zrobiłam. Postawę Amazona uważam za karygodną i uderzającą w podstawowe prawa autora i czytelnika. Nie rozumiem dlaczego język polski jest usuwany z platformy, podczas gdy znajduje się na niej wiele innych języków i nawet mało znanych dialektów. Moja książka nadal istnieje na platformie, ja niestety nie mam już możliwości dokonania poprawek, a przydałoby się kilka. Sprawę Amazona należałoby nagłośnić, natomiast ja sama jako autor poszukuję wciąż nowych kanałów publikowania, szczególnie kanału, który umożliwi mi sprzedaż na rynku polskim.  

FS: Prowadzisz kanał “Bożena Suchanek” na platformie streamingowej YouTube. Podobnie jak na blogu Moja Anglia, opowiadasz o swoim życiu prywatnym, snujesz wnioski i przemyślenia. Czy według Ciebie przekaz filmowy wygra z przekazem pisanym? Czy przyszłość twórców kontentu artystycznego to YouTube i Tiktok?

BS: Ojej, mam nadzieję, że nie! Wielu z moich czytelników powiedziało, ze wolałoby książkę w wersji papierowej niż w wersji elektronicznej, jako ebook. Myślę, że to czymś świadczy. Są różnego rodzaju odbiorcy i pewnie do wielu z nich dotrze Youtube i Tiktok. Jednak myślę, że- pomimo wilekiej popularności nowoczesnych środków przekazu- słowo pisane nadal będzie miało wartość.

 

bożena suchanek.jpg

FS: Niejednokrotnie wspominałaś, że jesteś wielopoziomowa, wielowarstwowa, nieoczywista. Na czym to właściwie polega i jak przekłada się na Twoją twórczość?

BS: Człowiek jest jak mozaika. Ma różne aspekty osobowości. Ma także nadrzędne ja, które obserwuje wszystkie myśli i które pozwala istnieć wszystkim aspektom. Myślę, że do pełni osobowości trzeba integracji tych aspektów, które wyparliśmy. Trzeba nam nawet zintegrować diabła. Jeśli nie mamy wroga w swoich aspektach, nie będziemy mieć także wroga w innych ludziach. Wiesz, ludzie są jak ogry, jak cebula, mają warstwy... Mam wrodzoną ambiwalencję, która powoduje, że często nie jestem w stanie zająć jednoznacznego stanowiska. Potrafię przechodzić z jednego punktu widzenia do drugiego. Na przykład jednego dnia potrafię myśleć jak przeciwnik islamu, a drugiego dnia myślę jak jego wyznawca. Jednocześnie potrafię zauważyć, który aspekt się we mnie odzywa. Może ktoś powie, że to zaburzenia osobowości, ale ja nie cierpię z tego powodu. Wszystko współistnieje, a ja często obserwuję to co przychodzi niczym chmury na niebie. Choć pojawiają się też momenty dyskomfortu. Potrafię wejść w myślenie mojego rozmówcy, nawet jeśli się z nim nie zgadzam. To tak jakbym podróżowała ścieżką czyichś doświadczeń i myśli. Ludzie często nie mają we mnie sojusznika, bo nie lubię występować tylko pod jednym poglądem. Nie zdobędę też wielu fanów, bo ludzie lubią szukać potwierdzenia swoich poglądów, a ja im to dam jednego dnia, żeby drugiego to rozbić. Po okresach emigracyjnego kryzysu tożsamości czuję, że nie muszę się już identyfikować z niczym, nie ma czegoś takiego, że coś jest tylko dobre, a coś tylko złe. Mam wrażenie, ze gdziekolwiek idę, tam przynależę. Moja ojczyzna jest wszędzie. Myślę, że taka postawa powoduje, że i moje pisanie jest niejednoznaczne. Jedna książka może opierać się na jednym poglądzie, kiedy druga opiera się na zupełnie innym. To jest jak podróż poprzez perspektywy.

Czy istnieje w tym jakiś główny trzon, który mogę nazwać swoim imieniem? Istnieje!

FS:Zakrywasz włosy i ciało, w wypowiedziach często nawiązujesz do kultury muzułmańskiej. Mówisz, że Koran Cię uratował, relaksujesz się przy dźwiękach orientu i przyjaźnisz z wieloma wyznawcami Islamu. Dla przeciętnego Polaka jest to teren egzotyczny, niebezpieczny i skłania do wrogiego wręcz odzewu. Czy spotkałaś się kiedykolwiek z negatywnymi reakcjami rodaków? Jak wygląda Islam widziany twoimi oczami?

BS: Islam zainteresował mnie chyba tylko dlatego, że w Polsce jest tak bardzo źle postrzegany. Narracja w Polsce jest taka, że pewnych drzwi nam nie wolno otworzyć. Dlatego, że za nimi, rzekomo, ma nas czekać wielkie niebezpieczeństwo, ale też i dlatego, że przekroczenie ich jest równoznaczne z jakąś niewyobrażalną zdradą narodową. Kiedy zaczełam interesować się islamem wielu moich rodaków stało się nagle zagorzałymi katolikami, pomimo, że od dwudziestu lat nie byli w kościele. Nie obyło się bez epitetów, emocjonalnych rozmów. Wtedy się na nich oburzałam, ale teraz rozumiem, że działali z pozycji strachu, bo narracja wmówiła im, ze islam to coś złego. Ale islam, podobnie jak wiele innych rzeczy (inne religie, polityka, pieniądze) to tylko narzędzie. Narzędzie nie jest ani dobre ani złe. To człowiek nadaje mu znaczenie, poprzez to jak używa tego narzędzia. A człowiek używa narzędzia według stanu ducha w jakim się znajduje. Obrazem rzeczywistości można manipulować przedstawiając narzędzie według tego jak zostało użyte. Możemy w ten sposób wykreować strach i uprzedzenia lub uwielbienie. Muzułmanie to normalni ludzie, tacy jak my. Przyjaźnię się z nimi, jem z nimi, świętuję z nimi. Zdarzało mi się modlić z nimi w meczecie. Wielu z nich uważa mnie za muzułmankę a wielu nie. Ludzie dzielą się na dwa rodzaje. Na tych, którzy cię zaakceptują i na tych, którzy cię nie zaakceptują. Ci, którzy cię zaakceptują nadają ci tę samą nazwę, którą nazywają siebie samych. Myślę, że tak właśnie to działa. Znam tych ludzi trochę, wiem co ich trapi. Czasem obracają się przeciwko mnie, mówiąc, że nie jestem wystarczająco islamska. Ale ja teraz już się z tego śmieję. Jestem bardzo autonomiczna, bardzo bronię swojej przestrzeni duchowej i wiem, że moja wersja islamu nie ma nic wspólnego z wersją innych ludzi. Nie jestem i nigdy nie będę wystarczająco islamska i nawet nie mam takich ambicji. Tak jak nigdy nie będę wystarczająco polska albo angielska. Dla mnie islam jest piękną ideologią, ale w teorii. Ułomność człowieka powoduje, że trudno zastosować tę ideologię w praktyce, zwłaszcza bez mądrego przewodnika duchowego. Ciemną stroną wielu muzułmanów jest to, że ślepo kochają swoją religię i nie potrafią złapać balansu. Często im mówię, że wielbią swoją religię, a nie samego Boga. Złoszczą się wtedy na mnie. W swoich poszukiwaniach duchowych nigdy nie będę radykalna, pociąga mnie raczej sufizm, islamski mistycyzm, podobnie jak fizyka kwantowa. Myślę, że duchowość i nauka kiedyś się zejdą. Wiedziałam o tym już we wczesnych latach nastoletnich, ale poczekamy na to chyba jeszcze kilka wieków.  

 

FS: Często opowiadasz o drodze duchowej, o potrzebie przebudzenia ludzkości i o konieczności światowych zmian. Jesteś znana z kontrowersyjnych poglądów i wypowiedzi dotyczących struktury i funkcjonowania współczesnego społeczeństwa. Nie są Ci obce sformułowania “Podpalimy ci dom” czy “Uważaj co mówisz”. Gdzie właściwie kończy się demokratyczna wolność słowa i czy twórca ma jeszcze prawo do swobody wypowiedzi?

BN: Kiedyś ktoś mi powiedział, że artystom się wybacza, dlatego tylko, że są artystami. Ale artyści to też taka grupa, której nie traktuje się poważnie. Przeważnie kojarzą nam się z nieszczęśnikami popijającymi absynt, dla których rzeczywistość jest za bardzo bolesna. Artyści są bardzo wrażliwą grupą, widzą więcej, reagują na wydarzenia z wyprzedzeniem. Mam wrażenie jednak, że są marginesem, jakimś wentylem bezpieczeństwa, przez który uchodzi to, co nas niepokoi. Pozwala się nam istnieć, ale nie traktuje się nas poważnie. Natomiast problem pojawia się, gdy artysta zaczyna być kontrowersyjny. To czasem jedyny sposób, aby na coś zwrócić mocniej uwagę. Wychyla się i dostaje po nosie. Myślę, że aby zrozumieć artystę potrzeba predyspozycji. Język jest zawsze barierą i nie da się mówić tak, aby zrozumiał nas każdy i wszędzie. Jedno zdanie będzie rozumiane różnie w zależności od miejsca w jakim znajduje się świadomość odbiorcy. I stąd się biorą takie reakcje jak „podpalimy ci dom” czy „utniemy ci rękę”. Pewna grupa Polaków często mówi do mnie językiem ISIS i nawet nie ma tego świadomości. Ale czy wiesz, że każdy człowiek dąży do swojej wizji dobra? Czyli nawet ci, którzy mówią, że odrąbią mi rękę, uważają, że to będzie jakieś dobro, wymierzają sprawiedliwość według swojego zrozumienia swiata, bo interpretują moje słowa jako zło. Czy twórca ma prawo do wolności słowa? Ma, jeśli to prawo sobie da. Ale będą też tego konsekwencje.   

FS: Jesteś zadeklarowaną singielką, głośno mówisz o bezdzietności i niejednokrotnie zderzasz się z murem niezrozumienia ze strony… kobiet. Czy Twoim zdaniem współczesne kobiety nadal tkwią w narzuconej, skostniałej strukturze kultu rodziny? I kiedy właściwie kobieta kobiecie wilkiem?

BS: Singielką jestem chyba raczej dlatego, że trudno mi znaleźć kogoś, kto chciałby budować świadomy związek. A może po po prostu mam trudny charakter i nikt ze mną nie może wytrzymać? Jestem, jak to powiedziałaś, niepokorna. Anglia nie jest chyba krajem sprzyjającym stałym relacjom, bardzo modne tutaj są wszelakiego rodzaju przelotne przyjaźnie, oparte na zaspokajaniu potrzeb fizycznych. A ja czegoś takiego nie chcę. Poza tym, jeśli jest się kobietą, która nie chce mieć dzieci, to wydaje się, że nie ma po co wchodzić w stały związek. Kilka już razy słyszałam pytanie „Po co ci stały związek, skoro nie chcesz mieć dzieci?” To pytanie zawsze zadawały kobiety. Od kobiet usłyszałam także „Mężczyzna z tobą nie zostanie i nie będzie cię kochał jeśli nie urodzisz mu dzieci”. To, co usłyszałam było dla mnie i straszne i bardzo dziwne. Bo relację można mieć dla relacji samej w sobie. Nie trzeba mieć potomstwa. Wydaje mi się, że ludziom brakuje kreatywności w dziedzinie budowania związków, jakby za wszelką cenę należało się trzymać ustalonego scenariusza, według którego należy odfajkować po kolei ślub, dzieci i kredyt na dom. A moim zdaniem nie o to chodzi. W relacji powinna przede wszystkim występować przyjaźń i bliskość. Czy kobiety nadal tkwią w kulcie rodziny? Myślę, że tak. I myślę, że nie są w ogóle świadome tego, że tak utknęły. Często robią krzywdę samym sobie i innym kobietom. Bo to przecież od kobiet, od matek, cioć i koleżanek pochodzi większośc pytań o to, kiedy pojawią się dzieci, kiedy ślub. To kobiety potrafią się nieustannie krytykować za nieumyte okna, bałagam w salonie, za szczupłą lub za pulchną figurę i za inne rzeczy. Europejski feminizm powoduje, że robimy się agresywne w stosunku do mężczyzn jednocześnie próbując być takie same jak oni. A przecież najcudowniejsze jesteśmy wtedy, kiedy mamy głęboki kontakt ze swoją kobiecością. I kiedy dajemy sobie i inym kobietom wolność podążania własną drogą, która nie koniecznie musi oznaczać rodzinę. Być może nie wiemy jeszcze jak mamy się wspierać. Może dlatego, że nikt nas tego nie uczy, a może dlatego, że zapomniałyśmy jak to robić.

FS: Czy masz już plany na kolejną książkę?

BS: Tak!!! Mam rozpoczęte kilka książęk, trzy napisane do połowy i pomysły na jeszcze więcej. Tylko czasu mi brakuje i sił, aby to wszystko sklecić!

FS: Co poradziłabyś autorom, którzy zamierzają pójść drogą selfpublishingu?

BS: To się da zrobić!

Najważniejsza jest wytrwałość, plan i strategia małych kroków.

I docenianie siebie samego.

FS: Twój sposób na zapomnienie o problemach dnia to?

BS: Zakupy w sklepach charity czyli na wysypiskach Anglii...

fourth son project.png

Szalenie lekkie pióro. Chce się więcej i więcej

-Klaudia, czytelniczka

Dotyka niedotykalnego

-Joanna, czytelniczka

Bożena Suchanek Official

 

Fanpage