top of page

Jakub Zając
 made in halt

Słucham wywiadów z Kubą wtedy, kiedy gotuję, i kiedy robię makijaż. Wtedy mam czas.

Jest miły, kiedy pytania są duże i ważne, i też wtedy, kiedy czuć, że lepiej było mu ich nie zadawać. Spokojny, wyprostowany, uśmiecha się, buja lekko w tył i w przód, odwraca głowę to w prawo, to w lewo i mam wrażenie, że tupie nogami pod stołem, którego nie chwyta kamera. Dobiera słowa, akcentuje te znaczące. Obnaża się z każdym kolejnym zdaniem. Dobry rozmówca, marzyciel, ekscentryk. Dobrze się tego słucha.

O co zapytać Jakuba Zająca, autora debiutanckiej powieści HALT. Zapiski z domu trzeźwienia, skoro wszystkie pytania już jakby zadane? Postanowiłam nie pytać o książkę, choć jest przecież coraz szerzej komentowana i nie taka znowu zwykła, jak te inne, zwykle o niczym.

Specjalnie dla Fourth Son Project JAKUB ZAJĄC- polonista, literaturoznawca, osobowość internetowa.

Autor debiutu HALT. Zapiski z domu trzeźwienia, Warszawa 2022.

jakub zając.jpg

FS: Jak to się stało, że cię zalało, czyli jak Kuba “awansował” na alkoholika?

JZ: Ciekawe, nigdy nie myślałem o tym, jak o nobilitacji. A droga była banalna. Pierwsze kroki to nastoletnie imprezy z kumplami. Picie do upadku gdzieś w bramach, parkach, rzadziej w cywilizowanych warunkach. Jakbym zawsze wiedział, że przestrzeni publicznej nie należy kalać widokiem siebie pijanego, a potem – po studiach już i powrocie z zagranicy – w 2008 roku zacząłem usypiać się alkoholem. Piłem metodycznie, codziennie, zawsze po zmroku. To mnie koiło, łagodziło nerwy i pozwalało zasnąć. Niestety nad alkoholem straciłem kontrolę. Były detoksy, szpital psychiatryczny, wreszcie odwyk. Tak w telegraficznym skrócie. Piłem, odkąd pamiętam, alkoholu było wokół mnie zawsze za dużo.

Photo credit: Piotr Młynarczyk

FS: Reklamy używek kuszą wolnością, lekkością istnienia i udanym życiem towarzyskim. Ten współczesny alkoholizm, te 2 piwa po pracy, pół wina do obiadu, kilka drinków z kolegą, to kompletnie inny obraz od tego z ubiegłego wieku. Wiesz, ten na przykład przedstawiający z lekka przepoconego sąsiada, co U Jana obalał z kolesiami browce po pracy.

Dziś rano na przykład dowiedziałam się, że z owocowym Smirnoffem impreza będzie orzeźwiająca i pełna przygód, a ja szczęśliwa i taka turbo wakacyjna. Bez niego to już jakby mniej. Kolory trzaskały mi po oczach i jakoś tak naturalnie skojarzyłam picie z radością, luksusem i dobrobytem. Zaprogramowane reklamami mózgi konsumentów aprobują obraz wszechobecnego alkoholu i już nawet nie wiem kiedy spożycie stało się normą, stylem życia współczesnego człowieka. I wiesz, dajemy ciche przyzwolenie na picie. A potem krzyczymy, że nie o to nam chodziło. Gdzieś się mocno zagubiliśmy w granicach poprawności przyzwoleń, nie sądzisz?


JZ: Nie wiem, co odpowiedzieć. Nie patrzę na to w ten sposób. Alkoholizm to dla mnie problem po pierwsze indywidualny, po drugie społeczny i śmiertelnie poważny. Picie zaprowadziło mnie na krawędź szaleństwa, chciałem odebrać sobie życie, zatem nie potrafię kojarzyć go z niczym pozytywnym. Może na samym początku, ale i to nie do końca. Nie lubię też żartowania z alkoholików, wymyślania ich typów, rodzajów. Każdy uzależniony – nie tylko od alkoholu – jest bardzo podobny do innego uzależnionego. Jego zewnętrzne (wygląd, zachowanie, pozy) to splot wstydliwej autokreacji i wynik uwarunkowań, w których rozwijała się ta sama choroba.

Wszystkie reklamy są właśnie takie – przekoloryzowane, „podkręcają” produkt i świat wokół niego czynią atrakcyjniejszym, niż jest w rzeczywistości. Nie jestem zwolennikiem reklam piwa i innych alkoholi. Wiem, że to dla osób uzależnionych - zwłaszcza na początku drogi trzeźwienia - ogromny wyzwalacz głodu alkoholowego. Uważam, że nie powinno się reklamować alkoholu, podobnie jak nie reklamuje się już papierosów, co jeszcze z dzieciństwa – jak pamiętam – miało miejsce. Pijemy w Polsce na statystycznym poziomie degradacji społecznej, to pandemia, terror w domach, a potem wykrzywiona dorosłość.

 

FS: Przegrany chlejus - tak nazywano nałogowców w moim otoczeniu. W mojej własnej głowie długo majaczył ten obraz. Szczególnie wtedy, kiedy spalona ze wstydu zbierałam pijanego krewnego z wycieraczki. Siedzimy kiedyś i pytam go, czemu pije. Odpowiedział, że życie nie jest wtedy tak kurewsko szare. To był ten moment, w którym zdałam sobie sprawę, że tu nie wystarczy banalne “ogarnij się”. Tu trzeba szamana, egzorcysty, terapeuty, lekarza dusz! Jesteś alkoholikiem, szedłeś przez tą ciemna dolinę. Może dalej nią idziesz. Jak to jest, kiedy chorują emocje i czy Twoim zdaniem nałogowca powinno traktować się jak człowieka chorego czy nie, bo to dla niego kolejna furtka przyzwolenia na picie?

JZAlkoholizm to choroba. Choroba umysłu, ciała i – zwał jak zwał – ducha. Żeby pomóc uzależnionemu (nie tylko od alkoholu) należy działać w każdej z tych trzech przestrzeni. Jeśli alkoholik nazwanie swojego stanu chorobą uzna za przyzwolenie do picia, to znaczy, że nie jest gotowy się leczyć. To tak, jakby komuś urwało nogę, a on nadal chciał wystartować w biegu na sto metrów. Kiedy ktoś pojmuje, że jest uzależniony i pić już nie chce, ale zniszczył sobie organizm, potrzebuje leczenia ciała i wsparcia farmakologicznego. Jeśli ktoś pije, bo nie godzi się ze swoimi emocjami, nie potrafi ich okiełznać i one przejmują nad nim kontrolę, to potrzebuje silnej grupy wsparcia, musi otoczyć się ludźmi rozumiejącymi ten problem, potrzebuje terapeuty albo solidarności w chorobie, np. w grupie AA.
 

Debiutancka książka Jakuba Zająca zasługuje na uznanie, lecz z pewnością nie ze względu na wdzięczną fabułę. To nie jest historia ze szczęśliwym zakończeniem. To wciąż nieskończona historia.
Alkoholizm jest uznawany za jedną z najpoważniejszych obecnie chorób cywilizacyjnych. Osoby uzależnione możemy spotkać w każdym miejscu i o każdej porze. "Halt. Zapiski z domu trzeźwienia" to autobiograficzna historia Jakuba Zająca, który dzieli się swoimi wspomnieniami z ośrodka leczenia uzależnień.
"Halt" to prawdziwe życie przeniesione na kartki powieści. Jakub Zając w swoim debiucie porusza ciężki, niewdzięczny i trudny temat alkoholizmu, a także dążenia do zerwania z nałogiem. Autor za pomocą wirtuozerskich porównań wprowadza nas w świat erudyty-alkoholika, pozwala uczestniczyć w swojej spowiedzi i publicznym rozrachunku z uzależnieniem.
Realistyczna historia w mrocznym klimacie nie jest kolejną autobiografią eksalkoholika, która powie ci, która dokładnie lampka wina, drink czy kieliszek to już uzależnienie. To wciąż jeszcze nieskończona opowieść o walce z samym sobą o powrót do zdrowia i stabilności. Zając nie sprzedaje cudownego sposobu na zerwanie z nałogiem, ale skrupulatnie opowiada historię popadania i wychodzenia z alkoholizmu, która toczy się także po zakończeniu leczenia.
"Halt. Zapiski z domu trzeźwienia" to mocny poradnik, poważna autobiografia, dobra literatura albo historia każdego, bo przecież każdy ma swoje "małe" uzależnienia.

halt.zapiski z domu trzeźwienia.png

FS: Odpręż się, napij się, należy Ci się. No to biorę w dłoń lampkę wina, drinka albo dwa z koleżanką, whiskey przy sobocie. Biegam, żyję, działam, wiesz, współczesny standard funkcjonowania. Ale jak tak słucham, że mój organizm poradzi sobie tylko z jedną lampką, nie z dwoma, i że uzależnienie płynnie sobie wpływa w te nasze oceany dni, to mnie, powiem szczerze, strach oblewa. Bo przecież, cholera, już mogę być alkoholikiem! Ja, sympatyczny czytelnik, co to właśnie czyta i tysiące standardowo funkcjonujących ludzi! Czy to sie poznaje? Czy Ty rozpoznałeś ten moment?

JZ: Jeśli zaniedbujesz inne przestrzenie życia, bo ważniejszy od nich staje się alkohol, to znaczy, że zaczyna się problem.

 

 

 

FS: Był taki epizod w moim życiu, że uzależniłam się on narkotyków. Biały pył i jazda ćpuny, jazda. To już dawno za mną i nawet nie pamiętam jak to jest być na haju albo mieć zjazd. Pamiętam natomiast uczucie pustki przed i nagłe wypełnienie tej pustki jakimś szaleńczym kolorem, uwodzicielską barwą, dewiacją zmysłów i dekadenckim szeptem. Czułam wtedy, jakbym chowała się w sobie i dawała życie innej wersji samej siebie. I to nie ma nic wspólnego z bardziej odważnym, rozmownym, jak to mówią: “Zenek to tylko po pijaku coś poderwie, bo na trzeźwo to z niego dupa” rodzajem wersji. To raczej potężne poczucie istnienie, którego nie czułam bez kreski. W świecie przed kreską żyłam trochę w hiperwentylacji albo na bezdechu. Głównie w złamaniu. Ludzie mówią, że piją tylko słabi. Ktoś tam patrzy na typa, co to pije weekendowo lub któryś dzień z rzędu i prycha z niesmakiem, że ogarnąłby się lepiej. Spoważniał. Że zadry z dzieciństwa, zmarnowane szanse czy inne tam, zerwanie z dziewczyną, to tylko preteksty do picia, Że oni tak nie mają, a przecież też przeszli i to jak! Piekielnie przeszli. No właśnie. Pamiętam, jak mój krewny, alkoholik, mówił zawsze “Co oni tam wiedzą?! Gówno wiedzą.! Oni to se może Piekło przeszli, ale JA, JA całą Apokalipsę!”

Wiem, że wgryzłeś się w temat natury alkoholizmu- natury nałogów, bo przecież koniec końców nałogami rządzi ten sam upiór - wielośladowo. Jak to jest z tym światem podatnych na nałogi, że ten ich to 3,9 metra od reszty odchylony jak Krzywa Wieża w Pizie?


JZMogę mówić o sobie, do rozprawiania o stanach wewnętrznych innych ludzi (zwykle fikcyjnych) mam literaturę. W głębi uzależnionego czai się bestia, potwór, który jest ciągle głodny i tylko czyha na słabość organizmu, w którym pasożytuje. Bestia czeka na głód, na zniecierpliwienie, na trudności, na upadki i pierwsza podbiega, żeby podać rękę. Ale nie robi tego po to, by pomóc, chce ją wyrwać, a potem wziąć cię całego, na zawsze i tylko dla siebie.

FS: Ludzie wstydzili się alkoholizmu. Tak to pamiętam z okresu dorastania. Krewni tych uzależnionych też zresztą, zalani wstydem jak ogórki octem, zasłony dymne tworzyli, pudrowali, lukrowali. Udawali przed światem, przed sąsiadami tak długo, aż się wszyscy w tym occie nie udusili. A tu Jakub wychodzi z książką, z wydarzeniem niepodwórkowym, a ogólnopolskim, wychodzi i mówi „Mam na imię Jakub i jestem alkoholikiem”. I piszesz książkę o odwyku. Pokazujesz sympatycznego faceta w kwiecie wieku, inteligentnego, elokwentnego, z hobby, kochającą rodziną i zarysowanym planem kariery zawodowej. Kuba, przecież to jest jak wyjście z cienia środowisk LGBT. Ty rozumiesz, że pokazujesz ludziom obraz totalnie inny od tego, który chcieliby kultywować w zaprogramowanych głowach?
MO: Teraz wydaję się sympatycznym, zorientowanym na cel człowiekiem. Wcześniej zupełnie tak nie było. Dotknąłem wielu den, przeżyłem swoje upodlenia. Dopiero pobyt w ośrodku odwykowym, zdobyta tam wiedza i wsparcie terapeutów oraz ludzi leczących się razem ze mną uświadomił mi, że w tym, jak się czuję, i jak doświadczam emocji, nie jestem sam. Mogłem przejrzeć się w innych, także w tkwiących w nich zakłamaniach, które rozpoznałem wreszcie jako moje własne. Zainteresowałem się mechanizmami uzależniania, rozwoju choroby i wychodzenia z niej. Uznałem, że moja osobista historia jest jedną z wielu, że jest obok mnie mnóstwo osób, które czują się bardzo podobnie do mnie i przeżywały dokładnie te same stany.

W książce nie piszę tylko o Jakubie Zającu, poloniście z Krakowa. Szukam w niej tego, co jednostka uzależniona ma wspólnego z uzależnioną zbiorowością, wspólnego mianownika. Wydaje mi się, że są nim emocje, nieumiejętność panowania nad nimi, niekontrolowanie ich i nieadekwatne reagowanie tak na trudności, jak i na sprzyjające sytuacje. Uzależnienie to choroba emocji. To skutek tego, że sobie z nimi nie radzimy. Jeden z wielu skutków. To ucieczka od samotności, od strachu przed przyszłością, ucieczka od „ja”, które trudno zaakceptować. Mówienie o tym jest dużo ważniejsze niż jakiś mój wstyd. Nie wstydzę się siebie.

jakub zając.jpeg

FS : Miałam kolegę, Pan Połamany go nazwijmy. Za każdym razem, kiedy Pan Połamany chciał stanąć na trzeźwe nogi, ktoś mu wypominał, że życie Zośce spieprzył, że robotę jedną, drugą przez picie stracił. Siedzi kiedyś ze mną i mówi, że on się nie zmieni. Że i tak wszyscy na nim krzyżyk postawili. Nikt mu już nie wierzy, wszyscy wypominają. Wątpią. Mnóstwo uzależnionych poddaje się w pierwszej rundzie. Nie mają ani siły, ani odwagi przeskoczyć przez te dodatkowe piętra społecznego potępienia. Co Twoim zdaniem można zrobić, żeby odczarować obraz Pana Połamanego i zwiększyć świadomość społeczeństwa? Co zrobić, żeby ludzie zdali sobie sprawę z faktu, że Pan Połamany to przede wszystkim złamana dusza, która nie radzi sobie z emocjami i w pierwszej kolejności niszczy siebie? Czy jest w ogóle przestrzeń na tego typu zrozumienie czy jednak w większości wygodnie przylgniemy do znanego “sam se jest winien, niech se sam radzi”?

JZ: Myślę, że sposób postrzegania alkoholika i alkoholizmu bardzo się zmienia. Nie dzieje się to może w zawrotnym tempie, ale pojawiające się publikacje, rosnąca wiedza na temat psychologii jednostki, rosnąca wiedza nt. uzależnień, w ogóle coraz wyższa świadomość społeczeństwa w kwestiach zdrowego trybu życia, wręcz moda na zdrowie sprzyjają pozytywnym zmianom. Częściej wybieramy terapię, częściej reagujemy tolerancyjnie, jesteśmy uważniejsi na problemy związane ze zdrowiem psychicznym.

 

Myślę, że świadomość, iż alkoholizm to choroba, był w ludziach od zawsze. Zwyciężał ją jednak wstyd i lęk przed opinią społeczeństwa. Teraz ten lęk jest mniejszy, bo społeczeństwo wydaje się bardziej tolerancyjne. Mimo wszystko. Myślę, że ważna w tym rola mediów, też społecznościowych, z których korzysta już praktycznie każdy. Jeśli w tej przestrzeni pojawiać się będą treści przybliżające problem i objaśniające go, będzie się nam wszystkim łatwiej wyzwalać z mitów i stereotypów związanych z alkoholizmem i z innymi, ważnymi społecznie kwestiami.

Photo credit: Marcin Choiński

FS: jne zdanie powiedziałeś w jednym z wywiadów, w kontekście terapii i przebywania w ośrodku uzależnień.: “Poszukiwanie siebie to jest otrząsanie się ze świata. To jest zrzucanie kurzu z ramion, słów, bodźców, całego tego zgiełku. Poszukiwanie siebie to nie jest parcie do przodu. To jest odgruzowanie się ze świata, który nas przywalił, zaatakował.” Podobne słowa usłyszałam od znajomej, całkowicie wolnej od nałogów, która wyjechała na kilka tygodni w miejsce odosobnienia. Od kolegi, który postanowił dwa tygodnie medytować w malutkim pokoiku bez okien. Od innych ludzi, którzy stosują autohipnozę, ciszację, journaling, pracę z cieniem i odliczaj. To brzmi jak hippie-coo-coo- crazy-thing, ale staje się trendem pokolenia Z. I działa cuda! Leczy duszę, emocje, głowę i serce. Uzależnienia też. Przyjęty kanon nazywa te hippie-coo-coo- crazy-thing praktyki Terapią. Powiedz, tak z doświadczenia, co na terapii czeka przeciętnego Pana Połamanego i jak wytrwać, żeby wyjść w świat z tarczą, nie na tarczy?
JZNa terapii czeka na ciebie człowiek, który cię nie osądza, robi wszystko, by zrozumieć, ma narzędzia, które są pomocne i chce ci je wręczyć. I jeszcze jedno, nie kocha cię ani nie nienawidzi, dlatego patrzy na ciebie obiektywnie i rzetelnie ocenia twój stan. Jeśli zadajesz sobie pytanie, czy potrzebujesz terapii, to znaczy, że jej potrzebujesz. Jeśli obawiasz się, że za dużo pijesz, to za dużo pijesz.

FS: Powiedziałeś, że w ostatnich trzech latach trzeźwości zrobiłeś więcej rzeczy, niż przez całe swoje życie. Napisałeś książkę, udzielasz się publicznie, promujesz zdrowy tryb życia, trenujesz, wyrabiasz w sobie nowe nawyki. Wciąż jesteś w procesie, ale to już proces ozdrowieńczy. Co uzależnienie robi z człowiekiem, co kradnie, co niszczy?

JZ: Alkohol dawał mi schronienie. Był azylem, w którym schować się mogłem przed problemami. Piłem w samotności, chowałem się przed światem i nikt ani nic nie byli mi do życia potrzebni. Alkohol jest jednak zawłaszczający, bardzo roszczeniowy i przebiegły. Z przyjaciela szybko zamienia się w oprawcę, pasożyta, który wysysa z ciebie zainteresowanie światem, obrzydza go i wykrzywia. Pisanie o tym, jak czuje się osoba znajdująca się w ostatniej, chronicznej fazie choroby alkoholowej było dla mnie najtrudniejsze, ponieważ w tej fazie traci się kontrolę nad swoimi emocjami i władzę nad rozumem. Wyobraź sobie, że leżysz na podłodze od kilku dni i podnosisz się tylko po to, by napić się wódki albo ją zwymiotować, że stanięcie na nogi jest niemożliwe bez potężnego wysiłku motywacyjnego, którego wiesz, że długo jeszcze nie będziesz mogła wykonać. To wszystko, co znajduje się wokół ciebie, jest wstrętne, straszne i sprawia fizyczny ból, który wyciska łzy, powoduje drżenie mięśni i poczucie niezmierzonej pustki, która wywołuje atak paniki. Chcesz umrzeć albo pić.

 

Trzeźwość nie sprawiła, że moje problemy zniknęły, ale zrozumiałem, że z większością potrafię sobie poradzić, a jeśli nie potrafię, to znaczy, że są one dla mnie zbyt duże. I dobrze, akceptuję to, że nie jestem omnipotentny. Kiedyś nie potrafiłem zrozumieć, że strach, który atakował mnie wraz z głodem alkoholowym, można pokonać bez alkoholu. Teraz wiem, że można, bo zdarza mi się z nim walczyć i od prawie czterech lat ciągle zwyciężam, ale tylko dlatego, że nigdy nie stawiam się w roli faworyta. Wyrobiłem w sobie nawyk stawiania czoła, wcześniej miałem nawyk uciekania.

FS: Wiesz, czasami wydaje mi się, że przejście przez alkoholizm, narkomanię i inne rodzaje uzależnień i patologicznych natręctw to jak przejście przez śmiertelną chorobę. Jak już człowiek przeczołga się przez upadek, wstyd, odtrącenie, rozpacz, depresję, agresję I autodestrukcję, to staje nagi przed sobą i światem i już niczego się nie wstydzi, niczego nie boi. Że czasami upadek jest jedynym sposobem, żeby odzyskać i docenić swoje własne życie. Że czasami nałóg jest drogą do odnalezienia samego siebie. Zgadzasz się z tym?

JZ: Zbawienie osiąga się przez dno upodlenia. Dostojewski.

Nie wiem, czy się zgadzam. Myślę, że uzależnienia nie można się pozbyć. Można je zatrzymać, ale wciąż jest się uzależnionym. Alkoholik się nie „wylecza”. Gdyby coś skłoniło mnie do sięgnięcia po alkohol, w kilka tygodni doprowadziłbym się do stanu sprzed czterech lat. Od razu piłbym apokaliptycznie.

Wymieniłem alkohol na inne rzeczy. Zamiast „fioła” na punkcie picia, mam „fioła” na punkcie pisania i pracy. Nie potrafię (może zbyt krótko zdrowieję) uwierzyć, że można przestać być uzależnionym, całkowicie pozbyć się tego sposobu funkcjonowania. Traktuję go jak cechę mojej osobowości. Trzeźwiejąc, uświadamiam sobie, że jestem nie TYLKO alkoholikiem. Jestem też synem, bratem, przyjacielem, partnerem, nauczycielem, autorem. Jestem Jakubem, przed którym jeszcze wiele wyzwań i zadań do wykonania.

FS: Gdybyś mógł powiedzieć kilka słów małemu Kubie, który jeszcze nie wie, że czeka go dziura w duszy, picie i HALT, to co byś powiedział? Jaką radę byś mu dał?

JZ: Rób to, co naprawdę sprawia ci przyjemność.

jakub zając.jpeg

Photo credit: Marcin Choiński

FS: Czy Jakub Zając- pisarz, influencer, nauczyciel, alkoholik - w 2022 roku patrzy w lustro I mówi “kocham Cię, Kuba”?

JZW zupełności wystarcza mi „kocham” słyszane od mamy, taty i siostry.

Mógłbym co rano mówić temu w lustrze, że go kocham, ale nie chcę go wkurzyć. Wiem, co myśli na temat automatycznego używania tego słowa.

FS: Twój rytuał, taki codzienny, na trzymanie się w ramach trzeźwości, to?

JZ: Telefon do siostry.

 

FS: Na zakończenie: czy w najbliższym czasie planowane są spotkania z Tobą, na które mogą przyjść czytelnicy FS?

JZ: 25 sierpnia 2022 mam spotkanie autorskie na Placu Wszystkich Świętych w Krakowie (kawiarnia Nienasycenie). We wrześniu planuję spotkania w Łańcucie, Koninie, Białej Podlaskiej, a potem być może kolejne w Warszawie, Łodzi I Słupsku.

Każde z takich spotkań anonsuję w social mediach z dwutygodniowym wyprzedzeniem, zatem wystarczy zajrzeć od czasu do czasu na mój Instagram lub FB.

Serdecznie zapraszam.

strona autorska

instagram

facebook

książka

 

„HALT” to książka, którą nie tylko warto, ale trzeba przeczytać, która powinna trafić do rąk lekarzy, terapeutów, nauczycieli i rodziców, a przede wszystkim do dorastającej młodzieży. Gdybym nadal była czynną nauczycielką, zabiegałabym o obowiązkowe wprowadzenie jej do szkół. Jakub, gratuluję i proszę – nie przestawaj pisać.

MAŁGORZATA HADŁAW
CZYTELNICZKA

 

Nie jesteśmy gotowi na prawdę o sobie, dlatego „HALT” musiał zostać upudrowany w metafory i poetyckie porównania. Bez tego byłby niestrawny. Pokazywałby zło, które wyżera w nas dziurę. Drąży sobie tunel, żeby wyjść na świat.

MARCIN CHOIŃSKI
PISARZ

I okazuje się, że z poziomu tzw. terapii uzależnienia wzlatujemy na poziom egzystencji, która dzięki literaturze objawia nam bohatera, którego najpełniej i najtrafniej scharakteryzował Witkacy. Zając – podobnie jak Genezyp Kapen – nie rozumie w istocie nic, ale bebechy jego drą się w nieskończoność.

JACEK WĄDZYŃSKI
SPECJALISTA TERAPII UZALEŻNIEŃ

jakub zając.png

Photo credit: Piotr Młynarczyk

Graphic compilation: KoKoKontent

bottom of page