Światło

Zaczęło się od samotnych dni; tych szarych – przesiedzianych w centrum na ławce, i ciemnych – przesiedzianych w ławce w kościele.

W kościele prawie nigdy nie było tak, że był pusty. Zawsze siedziała jakaś babcia z różańcem, która pod wąsem mamrotała słowa zwrotek i refrenu swojego paciorka. Przychodziły tam pilnować porządku, ja wiem.

Bo ja to co innego, ja potrzebowałem przestrzeni, potrzebowałem pobyć sam, okolony ciemnością jak koroną cierniową, nie rozumiejąc witraży, ani wymalowanych na obrazach scen. Mijając babcie zaciskałem zęby i syczałem na nie wężem. Byłem diabłem. I ewidentnie one też. Tylko ten mój był bardziej widoczny i pozdrawiał tego schowanego, siedzącego w nich. Po spojrzeniach to czułem, że płynie w nas ta sama krew. Ruchałem to, czego one już nie mogły. Kościół to bardzo mroczne miejsce.

Jeden obraz strasznie mnie frapował. Był na nim Chrystus i promienie w dwóch kolorach. Zawsze jak wchodziłem do kościoła, szedłem usiąść pod tym obrazem. Nigdy nic nie mówiłem, tylko patrzyłem. A on, ten obraz, raz się do mnie uśmiechał, a raz się na mnie gniewał. Siedziałem dotąd, dopóki nie zobaczyłem, że znów się do mnie uśmiecha. I nie powiem, kilka razy musiałem udawać, że wychodzę, po czym wracałem i znów czekałem na uśmiech. Obraz mógł znać moje sztuczki i zdawałem sobie z tego sprawę. Ale mi zależało. Byłem zły i uparty. Nadal nic nie mówiłem, tylko patrzyłem. Owszem, trudno jest długo siedzieć i bezmyślnie się wpatrywać, więc wspominałem stare dobre dzieje, kiedy z kolegami piliśmy bełty u mnie w domu, albo…. właściwie tylko picie piwa i bełtów przychodziło mi wtedy do łba.

Nie miałem wątpliwości, że obraz to zna, że mnie zna, moje życie, i wie o czym myślę i na co czekam i że jest silniejszy ode mnie. A mimo to czekałem na ten jego uśmiech.

I doznałem porażki.

Wychodziłem z kościoła, a ten pieprzony obraz się do mnie nie uśmiechnął. W kościele było ciemno, więc popołudnie na zewnątrz, które moje oczy odebrały jako jeszcze większy mrok, wcale mnie nie zaskoczyło. Szedłem donikąd, bez nikogo i z niczym. W dodatku przegrany.

Schlałem się niemiłosiernie.

W nocy miałem wizje, że ktoś odwiedza mój pokój, stoi w drzwiach, trzyma za klamkę i jest dla mnie miły i wyrozumiały. Czy mogło przyjść coś gorszego? Spodziewałem się ciemności ciemnic, błotnej lawiny, sekund do śmierci, a tu w pijanym widzie ktoś patrzył na mnie z czułością.

Nie wiem czy wytrzeźwiałem, ale znów poszedłem pod obraz.

Usiadłem, i patrzyłem czy się nie uśmiechnie. Uparcie. Nie syczałem już na nikogo, bo dotarło, że jestem swoim najgorszym wcieleniem. Wreszcie odezwałem się do niego po raz pierwszy.

- Tak kurwa, obrazie, jestem zły... najgorszy.

I wtedy coś się we mnie poruszyło, bo poczułem w środku ciepłe, kojące, spokojne, jasne światło...




Eli Buczyński

73 wyświetlenia3 komentarz