Życie

Patologia.

Patologia ciąży.


Pod oknem zadumana młoda kobieta. Obok mojego łóżka śliczna dziewczyna z kolorowymi włosami.

Wielki brzuch jest do niej jakby przyklejony. Ewa. Ukryta za ekranem telefonu.

Rozpoznanie terenu zakończone. Zasypiam w cieple kroplówki. Wlewają w moje żyły nowe podejście

do medycyny. Nie wiem, co będzie dalej.


Poranny obchód, jednorazowe majtki. Każą zdjąć biustonosz na czas obchodu. Takie są zasady.

Leżymy sztywne na łóżkach, jak w kostnicy.


- 32 kilo, Ewa. Palisz, ciągle palisz. Masz 19 lat i ciągle palisz. Stolec był?


Gestoza. Podchodzą studenci. Zjawisko badają kiwając głowami. Za kilka dni będą hurtowo sprawdzać

rozwarcie.


Po obchodzie Ewa wyciąga papierosa.


- Jak przyjdzie oddziałowa, powie pani, że ja w kiblu.


Wraca z kubkiem kawy. Rytuał powtarza jeszcze kilka razy, do wieczora.


Chodzą za nią, a ona i tak wymyka się do swoich spraw.


W nocy za drzwiami krzyk rodzącej. Ewa chyba tego nie słyszy. Śpi jak niemowlę.


Następny dzień nie przynosi nic nowego.


- W terminie? – pyta Ewę młody lekarz.


Noc przynosi jej ból. Krzyczy już na korytarzu.


- Nie będę rodzić! Nie będę rodzić! Odpierdolcie się!


Podchodzę do drzwi, lekko je uchylam. Dziewczyna się miota, dwóch lekarzy, kilka pielęgniarek. Nie

mogą jej utrzymać. Za mną słychać szybki tętent kolejnej pielęgniarki. Lekarz kładzie się na brzuchu

dziewczyny, trzymają ją za nogi i ręce.


Ewa przeklina cały świat. Przeklina swoje dziecko, przeklina tego sukinsyna, przeklina ojca i braci.


Wyje jak zwierzę. Ten szatan, który wymyślił świat, jest tuż obok.


Potem miarowy stukot maszyny, tętno zarejestrowane. Zasypiam między skurczami. Tortura masażu.

Już nie da się drzemać między skurczami. Ciało wyje. Jest zbyt namacalnie.


Po trzech minutach naga, na zimnym stole, rozłączam się z moim synem na zawsze.


Wiozą mnie do sali, ale rano trzeba wstać i powtórzyć rytuał z majtkami i biustonoszem przed

obchodem.


- Skończyli wreszcie – mówi Ewa – Powie pani, że do kibla poszłam.


Z ramką fajek wyfruwa, już bez brzucha.


Poród wyczerpuje ciało, pojawiają się bardzo gorące łzy. Rozstępujące się kości nadal są obce. A

jednak wyrzut adrenaliny pozwala wpatrywać się w woskowy nosek własnego dziecka. Przez całą noc.



Obok szklana szpitalna kołyska na wysokim postumencie. Jesteśmy strażniczkami szczenięcego

oddechu. Owinięte na sztywno kukiełki ciała poza nami. Tak blisko.


- Ja nie chciałam tego dziecka – mówi Ewa po powrocie. Wpatruje się w mgłę za oknem. Długo milczy.


Nie umie powiedzieć nic więcej. Płaczemy obie. Gorącymi szklanymi łzami.


W ciszy łkania telefon wystukuje rytm.


- Kocham Cię. Będę przy Tobie. Jesteś najważniejsza. Damy radę.


Ból mija.

Zostaje prawda.


Dziecko nadziewane słońcem.

Życie.



Anna Wiśniewska

19 wyświetlenia