Leje


Miało padać latem, a leje jak z cebra teraz.

O rolnicy! - wasze modły zostały wysłuchane, tylko realizacja przesunęła się o dwa miesiące. Wybaczcie. Rolnicy patrzą w górę i wybaczają niebu, lecz niebo nie wybacza nam.

Leje.

Coraz szybciej robi się ciemno – tak opisałbym jesień. Właściwie już po wyjechaniu z podziemnego garażu, czuje się mały mrok za plecami. Drogę rozświetlają dwa żółte reflektory mojej Mazdy, ale tego typka w jeansowej kurteczce i ciemnych spodniach nie zauważam. Spada z chodnika i prawie wlatuje mi pod koła. Jadę z niewielką prędkością, więc obaj jesteśmy nieśmiertelni. Zatrzymuję się i sprawdzam jaka będzie jego reakcja. Typek poprawia tylko maseczkę i idzie dalej, jakby nic się nie stało, jakby mnie nie zauważył. Otrzeć się o Mazdę, to nie to co otrzeć się o śmierć. Choć włączenie miejskich latarni nie byłoby barbarzyństwem, a jakimś sensownym rozwiązaniem – myślę.

Jadę dalej.

W mrok.

Co tam mrok, kiedy się wyszło z prawdziwych ciemności… - wspominam ciemności.

Po minucie czy dwóch mam już dość. Włączam radio. Ustawiam. Wszędzie dudnią reklamy, jakoś nie współistniejące z moim mrokiem.

Jebać radio.

Na drogę wystarczy mi po raz kolejny Sufjan Stevens. Johny my belowed jest tak oszczędny i klimatyczny, że w środek można nie tylko palca wyobraźni wetknąć, ale i kutasa. O tak, nie da się ukryć – jadę do ukochanej.


- Miejscy latarnicy weszli na górę i włączyli wreszcie latarnie.


Mrok po flankach za chwilę wymiesza się z ostrym żółtym światłem. Na razie jeszcze ma przewagę. W życiu, że tak powiem, wszystko polega na odpowiednim rozłożeniu akcentów. Wtedy gra. Wkurwieni rolnicy nie dostali deszczu w sierpniu, więc protestują przeciw załatwieniu ochrony dla futerkowych zwierząt. Gdyby niebo się pospieszyło, teraz nie robiliby im piekła. A tak została im jedna zemsta w zanadrzu. Harmonia tkwi w równowadze. Równowaga to granie z wielu stron, na wielu polach, po trochu, naraz. Takimiż to refleksjami kończą się klimatyczne piosenki.


Dobrze jest jechać do ukochanej, nawet w mrok. Jej światło warte jest tego. Skręcam pod znajomą stację benzynową. Znam ją jak pokój własnego domu, którego jeszcze nie mam. Też liczę na niebo, tam ponoć mieszkań wiele... Panoszę się na kostce brukowej drogi dojazdowej. Kostka tak ma, że się wjeżdża i od razu zwalnia, żeby tak bardziej elegancko, na miejscu, jak limuzyną pode dworek, albo mercedesem pod pałac podjechać. Słowem jest kostka, duch zwalnia. A tu dobrą kostką droga jest wybrukowana.

Jak schody do nieba.

Podjeżdżam pod dom. Samochód ukochanej. Co to kurwa!...Co to kurwa ma być!…Na podjeździe stoi obcy mercedes.

Akcja nagle przyśpiesza.

Wyjmuję telefon i pytam - kto tam jest?

Dostaję odpowiedź, - Koleżanka! Wchodź!

- W takim razie, idę na spacer – odpisuję wściekle.

Wyjmuję kluczyk ze stacyjki i wysiadam.

A tu deszcz jakby Pan Bóg z miską latał, i chlustał na lewo, i prawo. Boże – opanuj się, mówię do Niego. Ale On dla rolników, więc nie może się opanować. Biega z tą miską po świecie i chlusta.

A ja na spacer.

Stawiam kaptur i chowam ręce do kieszeni.

Zimno.

Mijam jedno podwórko, drugie, kolejne... wszystkie opustoszałe. Jeden pozytyw - nie szczekają nawet psy. Też się pochowały.

Idę w stronę lasu. Jak dobrze jest mieć dom blisko lasu... Mam nadzieję, że tam, w tym niebie, zanotowali powyższą uwagę. Tuż przed samym laskiem, przy chodniku stoją dumnie latarnie. Teraz wygląda to tak, jakby potargane za kudły korony drzew wypłakiwały się chodnikom. \

- Czego ryczycie? Nie wiecie, że do mojej ukochanej przyjechała koleżanka? Akurat ta. Teraz będę łazić póki nie wyjedzie, i nie wiem ile czasu upłynie, może nawet rzeka tu powstanie, a to nie są dla mnie naturalne warunki, bo nie mam kurwa skrzeli ni płetw!

- A co, myślicie, że wrócę tam, wejdę i powiem, że mokro, że ziąb, to przyszedłem?


Schodzę z chodnika i znikam w krzakach.


Po chwili, w ciemnościach, sztorcuję sam siebie, że mogłem się spodziewać przemoczonych butów. Mam mokre stopy, ale co mnie trzyma, to to, że jeszcze nie przemokła kurtka. Powiem wam, że mokry las i mokry w nim człowiek, to nie jest ten kolorowy obrazek, o który chodzi ludziom na Insta. Wrażenie, jakby wszystkie liście spadły i usypały kurhany, a ja depczę po mogiłach, zatapiając mokre stopy w miękkim, nienasyconym mroku.

I nic ponadto.


Łapię ciemność, próbując rozchylać wyrastające jak spod ziemi gałęzie. Z tym, że tu nie ma żadnej drogi i nie wiem dokąd idę. Nie wiem też ile czasu w rzece upłynęło.


Wiem tylko, że wrócić już nie mogę.




Eli Buczyński

82 wyświetlenia5 komentarz