Afrodyzjaki od kuchni, czyli człowiek jest mocny


Rzecz o tym, jak Rzym zrehabilitował starożytnego poetę. Przed pandemią A.D. 2020


Czy można zostać potępionym za pisanie o miłości?


Pierwszy subiektywny poeta starożytności, Owidiusz, zwany Nazo, tworzył swoje poradniki i poetyckie afrodyzjaki. Ponoć dzisiaj się Go nie czyta, bo przyszły nowe kolorowe amerykańskie poradniki dla tych, którzy szukają Miłości i chcą ją zrozumieć. Gdy Nazo mówi „Koniec wieńczy dzieło”, już wiem, że krąg moich skojarzeń wymyka się spod kontroli. I mam do tego prawo.


Ruszam śladem Jego banicji, do rumuńskiej Konstancy. Ruszam pandemicznym palcem po mapie, którą wzięłam z czynnej do niedawna restauracji Dwa Światy. Ale i Białorusini chętnie przyznają, że Nazo mieszkał u nich, wśród Sarmatów. Wzgórze Miłości Mu stawiają, całkiem niedaleko od mojego miasta, gdzie wszyscy się znają. I Germania też się chętnie wtula w tę konwencję. Nazo nie mógł zrozumieć języka, nie mógł czytać, nie mógł nawet zdrowo zjeść, o czym pisał dość smutno. Więc na tym wygnaniu stworzył sobie kobietę-fantazmat, żeby było lżej. Bo gdy tworzymy sobie złudzenia, wydaje nam się lepiej, pełniej, jakoś raźniej.


Wyobraź sobie, że nawet dwa tysiące lat później można przywrócić człowiekowi prawo do pozostania obywatelem Wiecznego Miasta. Bo ta Miłość to nie jest taka zła. Dla starożytnych myślicieli Miłość to spektrum Ciebie w całości, dusza, ciało, ale też patrzenie w jednym kierunku, mówienie tym samym językiem, siła pragnień, przemiany. Napędza świat, jest motorem naszych działań, ba – nawet naszego zarodka. To tyle z ichniej pierwotnej filozofii, umiłowania Mądrości wszelakiej.


Władze Rzymu 15. grudnia 2017 r. uchyliły decyzję cesarza z roku 8. naszej ery


Rozumiesz, czekasz sobie w jakiejś chmurze, czy u jakiegoś Boga albo Szatana, żeby Ci powiedzieli – wracaj, piewco Miłości. Co Ty na to Owidiuszu? Kiwasz głową. Coś zdrowego byś na tym wygnaniu opędzlował? Jak pisałeś, jedzenie wtedy osłabiało, język nie miał do kogo mówić przez całą dekadę, a ja tu walczę na onlajnach z pandemią i pokusą pójścia do galerii. Galerii sztuki.


Ale kultura ograniczeń trwa. Pandemia, wiadomo. Znajomi mówią, że ich kiedyś przypiliło na polu namiotowym w Bułgarii. Tak im się zechciało placków ziemniaczanych, że zrobili patelnię z wieczka po konserwie i nad ogniskiem smażyli, za trzymadełko mając obcęgi albo kombinerki. Ja byłam mniej pomysłowa, bo na kamienistej chorwackiej plaży tarłam kartofle na tarce do gałki muszkatołowej. To z tęsknoty.


I ten zapach wspominam nad ogniskiem. Zapach zupy, która gotowała się dłużej niż żydowska penicylina. W garnku, który zjaraliśmy koniec końców na biwaku po liceum, w lesie, z dala od ludzi. Ale jest co wspominać, gdy tańczymy. Cztery baby i jeden Jasiek, który drzewa narąbał, wędkę zarzucił, ognisko po męsku zagasił.


Jaka to była zupa? Ucha taka niby, z ziemniakami, marchewką i cebulą z arendy. I ze świeżo złowionym okoniem. W głowę zachodzę, skąd myśmy wtedy cytrynę wzięli. Chyba Jasiek do drinków leśnych wziął. I czosnku nawrzucał, bo twierdził, że to najlepszy afrodyzjak. Mówił, że na Bałkanach jedzą mnóstwo zup rybnych i owocowych. Cholera Go wie, skąd On to wytrzasnął, bo netu wtedy jeszcze nie było, a „Świat Młodych” przepisów nie zapodawał.


Po kilku dniach na chlebie, jabłkach, jagodach i piwie chłodzonym w jeziorze, pragnęliśmy ciepłej strawy. Ja zjadaczka zupy cierpiałam jak diabli, ale od czego ma się przyjaciół. Jasiek nauczył nas wtedy oprawiać rybę, co dla wegetariańskiego frika nie było łatwe. I ciap do zupy. Na noc ustawialiśmy dwuosobowe harcerskie warty przy ognisku. Nasz biwakowy rodzynek mówił, że w zupie rybnej musi być dużo cytryny. W tej wigilijnej też. Jak to rozgrzewa, jak otula.


Powiem Wam, że nigdy żadna zupa, jak tamta, z paleniska, z lasu, ze świeżym okoniem nie smakowała tak mocno, serdecznie, jak najlepszy Prozac, jak motor do życia. Afrodyzjaki nie były potrzebne, ale taniec przy ognisku w śpiworach, to był wysoki pułap przyjemności. Czytałam wtedy Owidiusza w oryginale, przy tym ognisku, przy tej rybie, mieszając zupę przed chłodnym wschodem słońca. W tym cygańskim tyglu. Łapałam siłę i radość.




Małgorzata PA

17 wyświetlenia0 komentarz