Babie Lato

Aktualizacja: sie 18


W głowie się nie mieści, że mnie zostawiła!


Przecież wszystko do tej pory było tak cudowne. Te nasze wyjazdy, spontaniczne weekendy nad morzem, włóczenie się po tanich hotelach, picie wódki z Kaszubami, nocne lokale, śmiech... No i seks, upojny seks w dusznych pokojach hotelowych. A potem bieganie w ręczniku po korytarzach ku oburzeniu portierek. Wędzona ryba na molo, stopy w piasku…. Co za lato!


Praca to tylko tak na odwal, cały dzień mijał tylko na klepaniu w komunikator: „Słońce ty moje, skarbie… – pisała – …twoje usta to obłęd. Doczekać się ich nie mogę, do piątku, byle do piątku!”. I piątek niespokojny od rana. Tylko plan w głowie : koniec pracy, auto, wyjazd. Wskakiwała do mojego samochodu naprędce, jakby w ukryciu przed światem, razem ze swoim maleńkim tobołkiem i rozkosznym chichotem, kładła się na tylnym siedzeniu i łaskotała stopą mój kark. Muzyka dudniła głośno, jej śmiech, jej pośpieszne opowieści, co się w pracy działo, co u ojca, Wieśka, Ewki… Mówiła szybko i popijała łapczywie kawę z kartonowego kubka rozlewając ją na tapicerkę. Chlew mi robiła, łajza, w wozie, fakt. Ale cudem była, cudem świata!


A teraz zabrała rękę, cofnęła, wyrwała z mojego uścisku. Tu na starówce gdańskiej, na naszym spacerze, dlaczego zabrała, suka, tę dłoń? Zabrała i schowała natychmiast w kieszeni płaszcza, żeby już nie było szansy, nawet skrawka nadziei, że ta ręka trafi znów kiedyś do mojej. Spuściła wzrok, te swoje zdobne rzęsy, podkręcone jak u lalki, jakby doczepione, nieprawdziwe, nieprawdopodobnie długie, filuterne rzęsy kokietki - spuściła i nie powiedziała nic, tylko znikła w taksówce jak duch.


Nie, nie w moim wozie, tylko w taksówce. Bez chichotu, bez tobołka i kartonika z kawą. Sama, poważna, milcząca, z tymi rzęsami na policzkach i ręką w kieszeni, szast prast, odjechała. Dlaczego? Nie wiem. Nie wiem i dowiedzieć się nie mogę, bo na telefony nie odpowiada, nie odpisuje na listy, fatalna kobieta, cholerny łamacz mojego serca. Weszła do tej taksówki i znikła na zawsze moja mała, przemieniając się w coś innego, milczącego, obojętnego, obcego. To inne – obce nawet telefon ma inny, spis kontaktów inny, beze mnie. A i komunikator – też beze mnie – z zamkniętą listą znajomych, do których ja nie należę...


Alkohol ze smutku i tęsknoty wypity snuł się wczoraj po moim martwym ciele, aż wyparował w końcu zostawiając dziś smętne, bolesne wspomnienie. Telefon dzwoni w jakichś gównianych sprawach od rana, nie dając wytchnienia, choć kac. Piątkowy poranek – imprezowy falstart. Ach to piątek dziś, małych wakacji początek, wakacji bez niej, a więc pustki straszliwej, milczącej ciszy, odmierzanej tykaniem zegara. Samotny weekend. Jazda za miasto, w skupieniu, bez trajkotania na tylnym siedzeniu, bez stóp na karku, bez kawy na tapicerce, sterylny i cichy, nudny piątek. Tylko : tap, tap – miarowe stukanie kierunkowskazu w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, bez celu.


Jak żyć nie pojmując tego, co się stało? Dlaczego mnie zostawiłaś, dziwko?!


Ale ona milczy – ani esemesa, telefonu – brak. Co ty sobie myślisz, że można tak bez wyjaśnienia cofnąć rękę i uciec? Że co, że niby ja – to nic nie znaczę, jakby splunął, koniec, puf? A o tym wszystkim co było, nawet słowa nie powiesz? Całe nasze lato ma tak spłynąć z jesiennym deszczem? Odfrunąć z bocianami, dzikimi gęśmi, osnuć się pajęczą siecią zapomnienia?


Jeszcze tylko piegi na twarzy ci mnie przypomną, jeszcze kilka razy słońce ci je wysupła, opaleniznę poprawi, ale i ta też przecież zniknie. Pochowasz sukienki do szafy, wyciągniesz pulower, czapką zasłonisz jasne jak piasek włosy i nawet nie wspomnisz trasy na Hel. Pójdziesz w deszcz i coś tam sobie nowego wymyślisz, a co – ja nie wiem i nigdy się nie dowiem. Masz swoje małe życie, małe jak ty sama, w małym mieszkanku zamknięta, z małym komputerem i maleńkim komunikatorem, zbyt małym, aby zmieścić tam mnie.


A zdjęcia? Czy powyrzucałaś?!


Tyle mi ich zrobiłaś – i tak i tak – z profilu, au face, na plaży, w słońcu, z uśmiechem i bez, wśród mew, wśród fal, letnie fotografie jak pocztówki z kurortu, pstryk, pstryk, pstrykałaś bez końca i po co? Wykasowałaś teraz wszystko przecież, na pewno to zrobiłaś, całe pół dysku ci przecież zajmowały, pół dysku twojego maleńkiego komputera z komunikatorem beze mnie. Jak mogłaś wyrzucić, wykasować to nasze lato?


Mijają dni, każdy z nich coraz dalej od tych naszych. Ty milczysz, a czy zapomniałaś? Czy to możliwe, żeby tak z pierwszym jesiennym powiewem skreślić tę wakacyjną miłość?


A więc nie. Spotykam ją wreszcie na otwarciu galerii handlowej. Pół miasta tu przyszło, a więc i ona też. Kolana mi się uginają, gdy mnie łapie za rękaw i mówi: „chodź”. Jakby nic, jakby wtedy nie uciekła, jakby nie znikła w taksówce: „chodź”. I ciągnie mnie na kawę. A mi od razu lepiej.


Cieszę się, że tu w tej zatłoczonej scenerii pryśnie w niepamięć fatalne rozstanie. Jakie rozstanie? – pytam w duchu z niedowierzaniem, bo teraz zdaje mi się, że żadnego rozstania nigdy nie było. To musiało się zdawać, że odeszła. Nie odeszła przecież: oto jest. Mało tego, na kawę mnie ciągnie, na piwo, papierosa, piwo jeszcze jedno, wódkę, na bełkotliwe rozkoszne têteà tete.


Tylko z nią może być tak cudownie, że za nic do domu, za nic do pracy, tak sobie teraz tu siedzimy i paplamy, a co u Wieśka, Ewki, ojca? Dzień się zerwał z łańcucha czasu. Która godzina, spotkanie, termin? Nieważne. My tu jesteśmy, świat nasz zamknięty, lato nasze jeszcze trwa. Jaki termin, jakie spotkanie?


Zanurzam usta w spienionym piwie i choć to centrum handlowe, widzę jak drga rozgrzane powietrze, słyszę szum fal i dobrze mi jak diabli. To w głowie mi szumi, wiem, ale tak mi dobrze, ach jak dobrze! Nachylam się w przypływie czułości, by ją pocałować, ale co to: ona się odsuwa!


Znów czuję chłód jesieni.


Nagle spoważniała, spuściła wzrok. Długie rzęsy rzuciły nagle cień na jej twarz i całe to nasze spotkanie.


- Nie mogę być z tobą – szepnęła.


- Dlaczego? – krztuszę się piwem, a nic nie rozumiem, nie rozumiem!


- Chcę żyć jak normalny człowiek.


Normalny człowiek? Patrzę tępym wzrokiem na te długie rzęsy i z zaskoczeniem zauważam na nich łzę.


- Za bardzo to wszystko… za daleko… chcę żyć normalnie, jak inni.


I dzień wrócił na miejsce, pojawili się ludzie, a plaża zamieniła w sklep. Powiedziała to znów, z całym przekonaniem: chcę żyć jak normalni ludzie. A więc ja jestem nienormalna, nienormalne my obie byłyśmy i nienormalne było to lato.


Puściłam dłoń jej, a jednak nie jej - obcą, martwą rękę z kieszeni jesiennego płaszcza. Patrzyłam jak wstaje, kiwa na pożegnanie i odchodzi : ona normalna, wspomnienie jej nienormalnej; patrzyłam jak idzie do wyjścia, niknie gdzieś w tłumie całkowicie normalnych ludzi.



Noemi Susenbach

nemezis.me

Galeria Obrazów i Słów

84 wyświetlenia2 komentarz