Codzienność


Poranek zszarzał, nie ma zapachu. Ludzie przesuwają się alejką, tacy jak zawsze, codzienni, w korytarzu sprawunków.


Staję potulnie przed straganem. Facet odpala papierosa. Ręce mu się trzęsą. Ona też z papierosem. Czekam cierpliwie na swoją kolej. Słucham cierpliwie, nie chcąc słyszeć, że on nie ma już nikogo, że trzeba dbać o rodzinę, nie o dobrą zabawę. I że stracił wszystko przez picie. Bo, jak mawiała babcia Marysia, wódka jest dla mądrych ludzi.


W głowie mam statystykę, którą na sucho dyktuje przez słuchawkę koleżanka z ośrodka. Trzy tysiące osób w poprzednim roku. Trzy wylazły z szamba, równy rachunek. Skuteczność mierzona w promilach. Dziesięć promili to jeden procent, przeliczam w pamięci.


On nie wygląda jak przeciętny człowiek, a już na pewno nie wygląda jak mężczyzna. Trudno go określić, przypisać do jakiejś kategorii, swoim durnym zwyczajem przypisywania do kategorii.


- Co dla pani?


Wybieram jabłka, ogórki, sałatę.


On poucza ją, żeby nie szła tą samą drogą. A ja zanurzona w tej siatce ekologicznej.


- Wszystko stracisz - mówi - wszystko.


Nie wiem, czy miałam to usłyszeć, czy muszę być świadkiem. Przecież sąd nad własnym życiem wykonuję od lat, każdego dnia. Kpiąc, grabiąc liście w ogrodzie, zmywając makijaż, wyjąc pod prysznicem. Bo codzienność rozbija na kawałki i daje siłę, żeby przetrwać. Nawet jeśli już pora otrząsnąć się z powagi.


Przechodzę do kolejnego etapu. Próbuję trafić na to, co najważniejsze.


- Chleb poproszę.


- Który? Włoski, baltonowski, czy razowy?


- Powszedni.






Małgorzata PA

23 wyświetlenia