Cudzoziemka. Rozdział czwarty.

Aktualizacja: cze 26



Odpowiem mu od siebie,

Że spłacę dług.

Tym lepiej.

Tym bardziej, bo wiedziałem co znaczy,

Że nadziei brakowało mi.

Przemoknięta wracam do hostelu. Przemykam się do pokoju mijając niezauważenie dziewczynę o włosach koloru zwymiotowanego sera Brie. Nie mam ochoty na rozmowy o niczym, o pogodzie, o wydarzeniach zeszłego dnia. Odczuwam silną potrzebę izolacji i wszystkie trywialne rozmowy podrażniłyby tylko mój system nerwowy. Tony głosów są zbyt piskliwe a śmiech brzmi jak skrzek. Potrzeba Izolacji bierze mnie za rękę i jest to jedyny towarzysz jakiego mogę znieść. Czasami damy sobie po twarzach, czasami mamy siebie dosyć. Ale jest moja, miękka w dotyku i mamy niezaprzeczalnie intymną relację.


***


Mój system nerwowy siada. Zauważam to nagle. Przychodzi znienacka jak niezapowiedziany letni sztorm. Jak niespodzianka pod drzwiami, dwulicowa Ruda Harpia i Monochrom w sztywnym kołnierzyku. Odkrywam, że nie jestem w stanie oddychać w zamkniętych pomieszczeniach. Na zewnątrz też nie. Staję się niemym obserwatorem autodestrukcji zamkniętej w umyśle człowieka, który nie zwykł mówić o swoich słabościach. Bo komu powiedzieć, że cierpię na zanik równowagi? No komu, że nie mogę już na sobie polegać? Że umysł przeszedł do ofensywy i podjął plan polityki agresywnej w stosunku do swojego nosiciela? Komu powiedzieć, że nogi nie złamałam, że to nic w zasadzie fizycznie namacalnego. Tylko takie tam, niepsychotyczne zaburzenie psychiczne pukają do umysłu bram..

Puk-puk...

Jebut!

Taki tam, lęk ekstremalny. Taki tam, pryszcz..Takie tam.

Dolce far niente dla psychicznie odchylonych.

Tutto normale.

(“Ładne masz te oczy. Jasne takie.”

Zamknij,

wydłub,

zaszyj,

zmyj obraz z siatkówki.

Niech przestanie istnieć!)


***


Istota ludzka dzieląca ze mną pokój, której – notabene – twarzy jeszcze nie widziałam, wyciąga dłoń w geście powitania. Wraz z ręką spod kołdry wydobywa się niski pomruk. Trudno stwierdzić, czy to pierdnięcie czy ulotne “Dzień dobry”, ale rzucam w stronę ręki krótkie: “How are you doing?” i przechodzę do mojej części pokoju. Nad istotą ludzką unosi się opar z mieszanki metanu, papierosów, marihuany, kilkudniowych skarpetek i kadzidełek. Opar nadciąga nieubłaganie w moja stronę, więc instynkt przetrwania każe mi rzucić się do okna, otworzyć je i zaczerpnąć powietrza.

Małym ręcznikiem suszę włosy i ściągam przemoczone spodnie. Wyciągam srebrnego laptopa, butelkę wody i Flapjacka o smaku kokosowym. W wyszukiwarkę wpisuję “contactlenses online shop UK” i wybieram sklep z najwyższą oceną konsumentów. Przeszukuję asortyment i przechodzę do sekcji kolorowych soczewek kontaktowych w dziale dla krótkowidzów. Kolor brązowy. Ciemny całkiem. Całkiem nie jasny. Dostawa następnego dnia roboczego. Jest piątek. Zamawiam dwa opakowania i wkładam bawełniane czarne spodnie.

Wszystkie te czynności uspokajają i sprawiają, że równowaga rozpływa się w ciele jak ciepłe kakao. Moje zabłąkane, połamane jestestwo nabiera znaczenia. Przestaję być przezroczysta jak zbyt jasne tęczówki. Nabieram mocy istnienia. To ja. Lubię kokosowy smak, Kosińskiego i czarne spodnie. Mój laptop jest srebrny a jazz dobry na wszystko. Jestem całkiem zwykła, nie wyróżnia mnie nic szczególnego więc świetnie komponuję się z szarością nieba.

Nie możemy zdefiniować naszego istnienia, gdyż zbyt wiele czynników zewnętrznych wpływa na jego kształt. Więc kawałki naszej historii nie definiują tego, kim jesteśmy. Definiują nas momenty. To wrażenie próbuję zatrzymać w resetującym się umyśle. Jestem gotowa żeby wyjść i zacząć kształtować proste życie, którego szkic niczym marzenie wiruje w sferze odpowiedzialnej za sny i fantazje. Też zwykłe. Ale marzenia to nie tylko onanizm własnych myśli, to Ginn zamknięty w butelce neuronowych przekaźników.

Then, be carefull what you wish for.


Wieczorny Pero's Bridge urzeka mnie prostotą podświetlonych, monumentalnych rogów. Zostały zbudowane tak, by witać przechodzących swymi kształtnymi kielichami. Sam most zaprojektowany został przez artystę o wdzięcznym imieniu Eilis O'Connel. Irlandczyk postanowił upamiętnić tym nadwodnym arcydziełem życie i śmierć niewolnika znanego jako Pero Jones, który – wykupiony z plantacji przez niejakiego Johna Pinneya – służył mu i umarł tu właśnie, w Bristolu. Patrzę z niejaką ironią na pomnik niewolnictwa i zastanawiam się, czy te rogi skierowane są ku niebu o pomstę czy w niemą prośbę o rozgrzeszenie okrucieństwa ludzi. Quo vadis, Homo Sapiens.


Pero's Bridge



Faith, you're driving me away

You do it everyday

You don't mean it but it hurts like hell “


***


( Nagłe wspomnienie nad Pero's Bridge.

Amstrong nieubłaganie mruczy o miłości.)


Zmywam naczynia. Śpieszę się, mam jeszcze tyle do zrobienia. Na dworze panuje nieznośny skwar. W ciszy gorącego dnia słyszę szemranie palm i powolne bzyczenie much. Otwieram drzwi do ogrodu. Dźwięki narastają. Amstrong mruczy z wiatrem szlagier minionego wieku. Lekki podmuch gorącego tchnienia podrażnia spoconą skórę. Przeczesuję włosy. Mrużę oczy. Oblizuję suche usta, podciągam bezwiednie sukienkę. Chcę odpocząć. Chcę tak stać. Ale wewnętrzne cholerne natręctwo każe mi wracać do porzuconej pracy. Jeszcze trochę i skończę. Jeszcze godzina dwie. Jeszcze jutro i pojutrze. Jeszcze kurwa całe życie...

To pojawia się nagle. Dziwnym dźwiękiem w uszach. Elektrycznym skwierczeniem. Zawęża pole widzenia. Wiruje obrazem. Czuję jak palce lodowacieją, jak nogi robią się kamienno-sztywne. Skóra pokrywa się zimnymi kroplami, skurczone sutki bolą do granic wytrzymałości. Serce zaczyna przyspieszać, trzepotać, zaciskać gardło. Bielizna wżyna się w ciało, a sukienka zaczyna ciasno przylegać do wilgotnej skóry. Cała jestem biciem serca. Tętnem. Oddech rwie się krótkimi szarpnięciami i już nie mogę. Nie mogę wytrzymać. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Tętno rozrywa gardło. Palmy szumią w gorączce i świat zaczyna wirować. Padam na kolana. Myślę: " Umieram..."

Szloch zagłusza bicie serca, szloch tak przeraźliwy, że dopiero po chwili orientuję się, że to ja. Że to ze mnie. Biały wbiega, podnosi mnie z podłogi. Przerażenie w jego oczach tańczy z moją trwogą. Łapie mnie w ramiona, z oczu płyną łzy. Kapią diamentami na moją bladą twarz. On myśli że umieram. Ja już nie słyszę, nie widzę. Czuję tylko chłód. Lodowaty chłód, który wpędza mnie wgłąb siebie w ten upalny, letni dzień. Biały całuje moją twarz, kołysze, z kimś rozmawia, krzyczy. Słyszę w oddali syreny, ktoś wbiega, ktoś unosi moje ręce. Ukłucia, krzyki. Amstrong nieubłaganie mruczy o miłości. Słyszę jak ktoś mówi: "Pierwszy raz? Wcześniej nie zdarzały się(...) Pomoże (…) Się uspokoić(...) ...stwo emocje,nerw..(...)"Serce opuszcza gardło, trzepot skrzydeł miarowo przechodzi w równy rytm. Otwieram oczy. Mgła. Biały patrzy na mnie z uśmiechem. Przekrwione białka szklą się w zachodzącym słońcu. Widzę go, ale mnie już nie ma. Jestem z boku. Patrzę na film. Weszłam wgłąb i nie znam drogi wyjścia. W ten letni dzień wszystko się zmieniło. Umarłam.


***


Bristol Harbourside


Zamawiam zieloną herbatę i postanawiam na razie nie oddalać się od hostelu. Postanawiam siedzieć bezproduktywnie całkiem, kontemplować kształt płyt chodnikowych i uwolnić swoje własne minuty od pędu i potrzeby wypełniania ich treścią. Treść i tak zajmuje umysł tylko przez określony, krótki okres czasu. Wypełnia go helem absorbu i utrzymuje w stanie podniecenia aż do zamknięcia zagadnienia. Aż do powstania kolejnej, wartej uwagi treści, która owinie się wokół minut na tyle szczelnie, by w hiperaktywnym szale produktywności wpuścić umysł w kanał społecznie aprobowanej manii. Jakże pożądanej, jakże modnej. Jakże klinicznej.

Wdech-wydech.

Oddech-zdechł.

Huuuuuu.


Herbata smakuje zepsutą rybą. Zarzucam na ramiona szary, bawełniany sweter i odpalam mentolowego papierosa. Do stolika zbliża się mężczyzna. Ma zmierzwione, kręcone włosy, rozciągniętą bluzę i mocno wytarte dżinsy.

-Any spare change, love? - Uśmiecha się szeroko, ale jego oczy są martwe i pozbawione blasku. Wyciągam z kieszeni funta i kładę na wyciągniętej, dużej dłoni. Mężczyzna dziękuje głośno i z wolną nonszalancją odpływa w stronę grupki ludzi. Na dłoń spływa więcej złotych monet. Obserwuję jak kocim, niespiesznym krokiem przemierza niewolniczy most i kieruje się w stronę niewielkiego, pokrytego materiałem termalnym namiotu. Rozbił się pomiędzy Harbourside Market a staruszkiem grającym na saksofonie jazzowe szlagiery.


I see skies of blue,

And clouds of white.

The bright blessed day,

The dark sacred night.

And I think to myself,

What a wonderful world.”


Słucham przyjemnych, niesionych wodą dźwięków, wyciągam z paczki ostatniego banana i zdaję sobie sprawę z oczywistego faktu, że czas wprowadzić w życie jakieś ogólnie zarysowane schematy i poszukać pracy. W innym wypadku zostanę sąsiadką Dużej Dłoni. Będziemy po sąsiedzku machać do siebie spod płacht termalnych, zbierać kasę od yuppie klasy średniej i unikać płacenia podatku od nieruchomości przenosząc namiot z jednego końca ulicy na drugi. Ale jest we mnie siła, która huczy pod powierzchnią serca i nawet w najczarniejszej z godzin, nawet w umieraniu, przebija pęcherz mroku i braku nadziei. Odcisk papilarny Bożego palca przytwierdzony do partii mózgu odpowiedzialnej za nadzieję na lepsze jutro.

-Dziękuję Ci, Boże, że jesteś. Przynajmniej mam dla kogo żyć- mruczę pod nosem płacąc za herbatę.


City of Bristol, public transport.



Now I lay me down to sleep,

I pray thee, Lord, my soul to keep;

If I should die before I wake,

I pray thee, Lord, my soul to take.






Zdjęcia - źródło: Website.




41 wyświetlenia