Cudzoziemka. Rozdział drugi.

Aktualizacja: cze 26



And you're so cynical, Narcissistic Cannibal!

Got to bring myself back from the dead!”

Poranek w Bristolu wita mnie krzykiem mew i szarym, spuchniętym od deszczu niebem. Łózko jest zadziwiająco wygodne a pościel, którą dostałam od dziewczyny z recepcji, pachnie proszkiem i chlorem. Nie mam planów na dzisiejszy dzień. Prawdę mówiąc, nie mam planów na nic i na nikogo. Kompletny, niczym nie zmącony Bezplan. Rozglądam się wokół i odkrywam, że pokój zamieszkuje jeszcze jedna osoba. Osoba otwiera oczy i jednym z nich puszcza w moją stronę wczesnoporanne mrugnięcie. Wkładam w uszy słuchawki i zanurzam się w Placebo.

A friend in need's a friend indeed, A friend who'll tease is better, Our thoughts compressed, Which makes us blessed, And makes for stormy weather.”

***


Gramy w Makao. Żartujemy, śmiejemy się i palimy papierosy. Z głośników płynie Kat. On uwielbia Kostrzewskiego.

Dziewczyno wracaj! Już dokonał się mój dzień. Purpurowe światło zaróżowiło niebiosa I przyćmiło brylanty gwiazd. A wszelki kwiat rozświetla gwiazdy. A wszelki cień, Uzbraja w sztylet i płaszcz skrytobójcy. „

W rogu pokoju stoi czerwona gitara elektryczna, a półki uginają się od pokaźnej dyskografii. Jest dobrze zapowiadającym się muzykiem. Muzykiem z pasją i zbytnią miłością do alkoholu. Ma poczucie humoru całkowicie podobne do mojego. Gdyby nie TAMTO, mogłabym go nazwać „Moim Człowiekiem”, tak dobrze nam na wspólnej fali. Gdyby nie TAMTO, nasza historia byłaby tkana z innych włókien. Rzuca karty i śmieje się: „Makao!” Odpala papierosa, patrzy na mnie i mówi:”Ładne masz te oczy, jasne takie. Całkiem przejrzyste, jak słońce w nie wpada.” Z czasem nie będę mogła w nie spojrzeć. W te przejrzyste takie, co to się jemu tak podobały. Z czasem zakryję je szczelnie przed sobą. Zatopię się w amnezji. Ale dziś przechodzę do osoby trzeciej i obserwuję bieg wydarzeń. Dziś staram się żyć normalnie. Wybucham śmiechem i patrzę na przyjaciółkę. Zatrzymuję ten moment w Stop-klatce. Jest dla mnie cenny.


Płaczący deszcz, Milcząca róża. Wszystko mści się I wbija w krzyż. Wszystko spada w dół... ... zwiędły liść. „

***

Głód w końcu wykopuje mnie z jednoosobówki i na bosaka zmierzam ku obszernej kuchni na piętrze. Jest dobrze wyposażona w garnki, naczynia, podstawowe przyprawy i produkty pierwszej, porannej potrzeby. Jak kawa na przykład. Nastawiam czajnik i znajduję szary kubek z Muminkiem. Muminki są dobre na wszystko. Na wrzeszczące mewy, brak kawy we krwi i zero prowiantu. Dziewczyna z dredami koloru zwymiotowanego sera Brie zagaja rozmowę wyrzucając standardowe: „skąddokądpoco?” W jej głosie pobrzmiewa zdecydowany hiszpański akcent. Ma uroczy, lekko krzywy zgryz, miliard piegów i natrętnie nuci:

Ooh yeah, we're jammin' And we're jammin' in the name of the Lord We're jammin', we're jammin' And we're jammin' right straight from yard Yeah! „

Uśmiecham się, nie chcąc wyjść na totalnego gbura. Rzucam: „Voy de compras!”, jedno z niewielu zdań znanych mi w jej języku i desantem zmierzam w stronę wyjścia. Odprowadzana echem jej entuzjastycznych, pełnych aprobaty okrzyków rytmicznie przydeptuję zbyt długie nogawki piżamy.

Time to explore. Królestwo za kanapkę.



St Nicholas Market and Glass Arcade


Ubieram się w luźny, szary dres, nieprzemakalną kurtkę i wychodzę w deszcz na poszukiwanie piekarni. Cukierni. Czegokolwiek, co serwuje świeży gluten. Dochodzę do Casscade steps spływających wodą i w prostej do Fountain besides the docks. Dzieci w kaloszach skaczą wesoło w zbiornikach wody, a matki bacznie je obserwują rozmawiając jednocześnie przez telefony komórkowe. Sprawia mi przyjemność ta anonimowa obecność. Cieszę się wyobcowaniem i brakiem przynależności. Oddycham porannym powietrzem, niespiesznie przemierzam ulice miasta i moim oczom ukazuje się istniejący tu od 1743 roku St Nicholas Market and Glass Arcade. Zapachy mamią miękko kubki smakowe, dźwięki czarują hinduskim brzmieniem a sprzedawcy uśmiechają się zachęcająco wyciągając materiały, mydła, perfumy i inne niezwykłości. Gdzieś na Wine Street znajduję otwarte, małe Tesco Express. Kupuję nieduży chleb, ser, pomidory i paczkę bananów. Somalijski ochroniarz depcze mi po piętach wzdłuż kilku alejek. Prawdziwy ze mnie Egon Olsen, nie ma co. Przy kasie dobieram gumy do żucia i małą butelkę z wodą.



St Nicholas Market and Glass Arcade


***

Ludzie zawsze oceniają. Wydają wyroki nawet wtedy, kiedy szczątkowe informacje teoretycznie odbierają im prawo do zabierania głosu. Chodź, chodź tu do mnie. Żyj moim życiem, oddychaj moim tlenem i potem powiedz mi jak to widzisz. Nie wcześniej. Ktoś mówi, że rodziny się nie wybiera. Że trzeba z nią żyć. Ktoś inny, że toksyczny krewny to Krzyż Pański, który niosę by odkupić grzechy. Pytam się, czyje? Twoje? To chodź, weź go. Odkup się. Odkup się burdami, rzygami i nożem skierowanym w brzuch. Gwarantuję Ci, że zbawienie nie nadejdzie. Więc nie zabieraj głosu, kiedy postanawiam odciąć się od człowieka, którego znam całe życie. Nie mów, że źle robię, że matka się w grobie przewraca. Jedyne co się tu przewraca, to Twoje gałki oczne, mój żołądek i notowania na giełdzie paliw.

Why? Why? Why? Hushabye!

Hushabye, why aren't you ready to go?

Why? Why? Why?

Hushabye Couldn't we fast forward all through this show?”






Zdjęcia - źródło: Website.

50 wyświetlenia