Cudzoziemka. Rozdział piąty. La douceur

Aktualizacja: mar 8



Muszę znaleźć pracę. Wszystko jedno jaką i wszystko jedno gdzie. Byle szybko. Moje konto bankowe topnieje w zastraszającym tempie i lada chwila mogę skończyć na ulicy. Z beznadzieją w oczach i zrezygnowaną nonszalancją. Jak Duża Dłoń.

Nikogo tu nie znam i nie mam pojęcia, dokąd iść.

Cholera.

Wstaję z kawiarnianego krzesła i bez celu raczej przechodzę przez Pero`s Bridge. Znasz te maleńkie kłódki miłości? Most jest od nich cięzki i iskrzy się w odbijanym od Avon River słońcu. Czytałam, że jedna z barierek paryskiego Pont des Arts zawaliła się od nadmiaru tej miłości.

Może niewolniczy most nie podźwignie symbolicznego żelastwa.

A niech się, kurwa, wali.




Pero`s Bridge



Idę powoli, powolutku, wdychajac zapach wody i jedzenia. Te dwa zapachy niepodzielnie królują w atmosferze miasta. A wraz z zapachami i jedzeniem, niebem niepodzielnie rządzą mewy. Mewy kołujące, mewy polujące. Mewy skrzeczące, chodzące między ławkami, walczące o pozostawione resztki jedzenia.

Mewy.

Jest coś delikatnego i drapieżnego zarazem w ich dumnie wyciągniętych główkach. I zawsze, ale to zawsze krzyk mew przywodzi mi na myśl film z Cybulskim, którego tytułu już nie pamiętam. W tym filmie wszystko jest czarne i białe, panoramiczne, a na opuszczonej plaży cumuje jedna obszerna parasolka chroniąca przed wiatrem ludzi skulonych w plażowym koszu. Niczym niezmącona nostalgia i wietrzna samotność.

Tak widzę mewy.

Duża Dłoń stoi koło faceta, co gra jazzowe szlagiery. Facet trzyma w rękach błyszczący, zadbany saksofon i jest to najcenniejsza z rzeczy, jakie posiada. Jeszcze uśmiech ma niepowtarzalny, jakby wycięty idealnym kształtem pod mahoniem wypukłych kości policzkowyh.

Duża Dłoń wyciąga z kieszeni parki funta i wrzuca do okrągłego, brudnego kapelusza saksofonisty.

-Trzeba sobie pomagać!- zauważa mnie i rzuca z uśmiechem w moją stronę.

Podchodzę. Jest mi wszystko jedno, co robi z kasą, którą dostaje od ludzi.

Staję koło niego i razem słuchamy, jak stary jazzman gra Ain't Got No - I Got Life Niny Simon. Nucimy do wtóru melodii, do własnych myśli, do siebie.

Ain't got no home, ain't got no shoes Ain't got no money, ain't got no class Ain't got no friends, ain't got no schooling Ain't got no wear, ain't got no job Ain't got no money, no place to stay

Trochę później tego dnia poznaję historię Dużej Dłoni. Jest na ulicy od ponad roku. Od dnia, w którym stracił żonę i córkę. Zginęły w pożarze domu, który dla nich zbudował. Był z nią od liceum. Taka milość na całe życie, co zdarza się jednemu na dwudziestu. Córeczka urodziła się rok po tym, jak został partnerem w firmie Johnson`s Designe. W dwa lata zbudował dom, ustabilizował pozycję finansową, zawiązał z Karen plany na przyszłość. Dał jej drugie dziecko, syna. Ciężarna Karen i Lindsey - Mały Żelek - zaczadziły się i spłonęły w pewien chłodny, wiosenny poranek. Duża Dłoń był w tym czasie w Birmingham. Sprawy służbowe. Wyjąc przeklinał siebie za brak czasu, za nadgodziny, za late nights w pracy i zaniedbaną instalację elektryczną.

Nie wrócił już nigdy do Johnson`s Designe. Zabrał kilka rzeczy z tych, które ocalały z pożaru. Kupił

namiot. Zamieszkał na ulicy. Zamieszkał wraz z dwoma jeżdźcami Apokalipsy - Głodem i Śmiercią. Jedynymi stałymi elementami na jego nowo obranej osi życia.

Nagle, w tym obcym jeszcze mieście, odnalazłam przyjaźń. W jedno popołudnie, w dwie kawy, w długi spacer, w jeden pełen obrót wskazówek zegara. Dwoje złamanych ludzi, którzy ponad językiem, kulturą i krajem zawiązali nić porozumienia.


Harbourside



Duża Dłoń poznał mnie z szefem hotelu X położonego tuż nieopodal Harbour Side, starym kumplem z poprzedniego życia. Pierwszy raz widziałam w oczach dwóch mężczyzn, przyjaciół, tyle zrozumienia i czułości. Pierwszy raz widziałam tyle wsparcia w jednym, mocnym, braterskim uścisku. John – bo tak miał na imię przyjaciel Dużej Dłoni – bez pytania wziął moje dane i obdarzyl mnie ciepłym uśmiechem.

Cały ten dzień uśmiechał się do mnie twarzami nieznajomych i potem odkryłam, że to bardzo rozpowszechnione w kulturze wyspiarzy. Uśmiech za darmo, za bezcen, od każdego, dla każdego. Po prostu.

Przed dziesiątą wróciłam do hostelu, odprowadzana przez Dużą Dłoń. Grupka najaranych, rozchichotanych jamajczyków siedziała na brzegu Avon, z entuzjazmem krzycząc, żebym się przysiadła i zapalila jointa pokoju. Uśmiechnęłam się do nich. Po prostu.

Następnego dnia miałam rozpocząć trening dla pokojówek w sieci hoteli X. Moja pierwsza praca w Anglii.

***

Biegnę. Pędzę przed siebie ile sił w nogach. Klatka piersiowa szybko wznosi sie i opada i czuję, że zaczynam tracić oddech. Łapczywie, zbyt szybko wciągam zimne powietrze i wiem już, że przegram z własnym oddechem.


...wdech-oddech-wydech...


Serce łomocze. Gardło piecze a nabrzmiałe żyły pulsują boleśnie. Słyszę za plecami narastający w huk skrzek mew. Wysokie, piskliwe dźwięki wzbudzają panikę i strach. Przez huk przebija się doganiający mnie krzyk mężczyzny.


-Jasne!!!


Biegnę. Walczę już nie tylko z sercem i płucami, ale z mięsniami nóg też.


(Nie boli cię, nie boli. To tylko ciało, mięśnie i kości. Skup się na oddechu. Nie może cię dogonić. Nie może dogonić cię krzyk mew i jego głos. Jeszcze trochę, jeszcze kilkadziesiąt metrów do wyjścia. Widzisz? Tam, w ciemności, jest światło. Tam jest odpowiedź).


Mrużę oczy, żeby w zapadajacym mroku zobaczyć kształt, który nagle pojawia się na końcu leśnej drogi. Przed oczami tańczą ciemne plamki i szum w uszach zagłusza goniący mnie nieubłaganie skrzek mew. Koncentruję mętne spojrzenie na wyłaniajacej sie postaci.


Jeszcze kilkanascie metrów.


Na plecach czuję uderzenia skrzydeł, a głos wrzeszczy prawie prosto do ucha:


-Jasne!!! Twoje oczy są takie jasneeee!!!


Mężczyzna za mną dogania mnie i chwyta brutalnie za ramię. Gwałtownie przechylam się do tyłu i w przerażeniu wbijam paznokcie na oślep. Wściekły krzyk i nagły huk ptasiego wrzasku wyrzucają mnie z impetem w stronę wyjścia. Wpadam wprost na postać w mroku. Nic nie widzę, pot zalewa mi oczy i ciemne plamki szaleńczo tańczą na powierzchni oka. Zesztywniałe z bólu ciało zamiera w bezruchu i ostatkiem sił podnoszę twarz by wypatrzyc choć zarys. W zaskoczeniu odkrywam, że to Ona. Chcę coś powiedzieć, Chcę krzyknąć, że wiem już kim jest iskiereczka, że zrozumiałam, że już jest dobrze, że przepraszam, ale z moich ust wydobywa się mewi skrzek. Duszę się od piór, które nagle wypełniły usta i nos. On dopada mnie, przygniata ciałem i krzyczy, że zabiera moje oczy na wycieczkę do Oslo. Ten krzyk stapia się z wrzaskiem mew, które stoją na niskim murku i grają na skrzypcach Norwegian Wood. I już nie słychać nic. Świat tonie w piórach. Ja tonę w piórach. Słyszę krzyk. Dochodzi jakby z oddali, jakby mój. Jakby coś mnie unosiło, potrząsało mną. Wpadam we własne roztrzęsione ciało, z wysokości, z murku oblężonego przez mewy.

-Wake up! Hey, woman! Wake up!


Otwieram oczy i z ust wyrywa się ostatni krzyk. Albo tak mi się wydawalo. W rzerzywistości, to cichy jęk.

Stoi nade mną mężczyzna. Jego długie, czarne włosy łaskoczą mój policzek. Bujna broda pokrywa połowę twarzy a ciemne oczy intensywnie wpatrują się w moją twarz. Ma gęste równie czarne jak włosy brwi przecięte pośrodku głęboką zmarszczką. Tatuaże pokrywają prawie całą powierzchnię odsłoniętego ciała a to, co je zasłania przypomina piżamę istoty ludzkiej, która dzieli ze mną pokój. Uśmiecha się, prostuje plecy i cicho wzdycha.


-You scared out the hell of me, woman... Want some coffee?


-Yes. Coffee is fine – odpowiadam i łzy zaczynają spływać prosto w poduszkę. Istota ludzka, która dzieli ze mną pokój patrzy przez chwilę bezradnie trochę i bez pytania przygarnia mnie do siebie. Płaczę w tę jego piżamę w słoniki. Wypłakuję ból, strach, żal i gniew, a on cierpliwie wchłania wszystkie krople mojej bezsilności.


Zabiera mnie potem na tę kawę i pomimo tego, że chciałam mu się wytłumaczyc, podziękować, nic nie mówię. On nie pyta. Patrzy na mnie tym spokojnym, brązowym spojrzeniem oswojonego psa. Uśmiecha się i przysięgam, że dzieje się magia. Cały Hostel, kawiarnia, przechodnie, Harbor, wszystko rozświetla się w tym jednym, bezinteresownym uśmiechu.

Czasami spotykasz Kogoś i już wiesz, że pasuje na Twój grzbiet jak dopasowane palto. Że wibrujecie w różnych tonacjach, ale główna linia melodyczna jest współna. On, ta istota ludzka, która dnie całe tylko rękę zza kołdry wyciągała na powitanie, jest Kimś. Jest częścią nadmorskiego miasta, mojego nowego życia, jest nagle częścią mnie.

Jest iskrą.

Mój współlokator ma imię. Jorgos. Ale od dzisiaj nazywam go La douceur.




***

Są momenty, które nagle zmieniają bieg wydarzeń. Choroba fizyczna czy umysłowa. Śmierc bliskiej osoby. Przemoc domowa. Zły dotyk. Wojna. Momenty wpływają nie tylko na bieg wydarzeń, ale też na równowagę umysłową. Na gospodarkę hormonalną. Na samoocenę. Na całe życie. I jeśli nie znajdziesz pomocy, możesz obserwować swoje życie nigdy w nim nie uczestnicząc. Nigdy. W akwarium dzieje sie cała flora i fauna, a ty z przyklejonym nosem obserwujesz z zewnątrz koralowce i rozgwiazdy.

Nie wiedziałam, że potrzebuję pomocy. Nie prosiłam, a dostałam.

W kilkadziesiąt godzin dostałam pracę, przyjaciół i pewność, że nawet taki utracjusz z połamanymi skrzydłami i skłonnościami do autodestrukcji jak ja, ma u Boga otwarte konto na drobne cuda i nieprawdopodobne przypadki.

Następnego dnia znalazłam mieszkanie.

Rozpoczął sie w moim życiu okres, który nazwalam Zmartwychpowstanie.


Nieoczekiwanie właściciel rozdrapał zasychające rany, boleśnie przypominając oddalające się wspomnienie o Monochromie.




Marysia Pajestka

Zdjęcia - źródlo: Website

50 wyświetlenia4 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie