Cudzoziemka. Rozdział pierwszy.

Aktualizacja: cze 26



“You and me We have no faces Soon our lives they’ll be erased Do you think they will remember? Or will we just be replaced Oh I wish that I could see, How I wish that I could fly All the things that hang above me To a place where I can cry.”

Pokład samolotu tonie w ciepłym, źle wentylowanym powietrzu, zapachu podłej kawy i zwietrzałych perfum. Gdzieś z tyłu od dłuższego czasu kobieta próbuje uspokoić płaczące dziecko, a pasażer siedzący obok mnie regularnie beka trawionym alkoholem, mrucząc pod nosem nonszalanckie “pardon”. Podstarzały fagot z przodu mlaszcze z lubością kanapki podtapiając sięw oparach własnego potu. Nadmiar zapachów i dźwięków powoduje, że mam ochotę wrzeszczeć. Zaczynam kurczowo zaciskać wilgotne palce na telefonie skupiając się jednocześnie na wyrównaniu oddechu.

Wdech- wydech. Wdech- nie zapomnij- wydech. Oddychaj.

Huuuuuuu...

Lecimy od godziny. Od godziny walczę z napadem lęku myśląc, co do cholery ja i moja agorafobia robimy w tej śmierdzącej, klaustrofobicznej kabinie. Co mnie podkusiło. Co mi odwaliło, że zaledwie miesiąc wcześniej, z zamkniętymi oczami, skierowałam palec wskazujący na punkcik na mapie i wesoło wykrzyknęłam- “Mój nowy dom!”

***

Ktoś puka do drzwi. To sąsiadka, co to pół życia na judaszu drzwi wisi i tą tajną drogą zbiera informacje o ludności zamieszkującej budynek. Z zatroskaną miną i złośliwym chochlikiem w oczach wskazuje leżące na wycieraczce ciało. Od razu wiem, że to on. Skulony cały. Mokry od deszczu, rozlanego alkoholu i moczu. Nie było go całą noc i Bóg jeden wie, z kim i gdzie się szlajał.

-Tak pomyślałam, dziecko, żebyś go do domu wzięła. Zanim porządni ludzie na mszę zaczną wychodzić - szepcze konfidencjonalnie ruda harpia i odpływa w stronę własnych drzwi.

Po chwili widzę w nich świdrujące sytuację oko. Chce mi się wymiotować i płakać. Pochylam się nad mężczyzną i staram się go docucić. Niewyraźny bełkot wydobywa się z cuchnącej gardzieli i w jednej chwili mam ochotę przestać istnieć. Niech przestanie istnieć.

Don't wanna be rude but I have to. Nothing's good about the hell you put me through. I just need to look around. See that life that has come unbound .“

***


Koncentruję się na zimnych dłoniach, muzyce w słuchawkach i na fakcie, że, cholera, nie jestem w autobusie. Nie mogę poprosić o zatrzymanie pojazdu i wysiąść w szczerym polu. Mogę poprosić o prochy na uspokojenie. Ale jest mi tak cholernie głupio. Że jestem słaba i wybrakowana. Że jestem freak.


Próbuję skoncentrować się na czystym niebie i strzępkach chmur. Słońce oświetla spokojną przestrzeń i razi nieznacznie moje przymrużone oczy. Wciąga powoli bezkres tego błękitnego piękna, zapominam o pokładowym chaosie i czuję, że jestem częścią tego nadzwyczajnego widowiska.

“Does the silence get lonely? Who knows? I've been hearing it tell me: Go home .”

Jonathan śpiewa cichutko kojąc moją chorą głowę. Spokój. Nadchodzi spokój. Napad lęku mija. Chcę do domu. Lecę do domu. Cokolwiek to oznacza.

Bristol wita mnie skwarem słońca i chaosem ogromnego lotniska. Przedzieram się przez falę ludzkiego mrowia I szukam transportu, który dowiózłby mnie do centrum. Taksówkarze niczym tłuste pająki polują na przypadkowych, zabłąkanych frajerów. Takich jak ja. Co to zapłacą czterdzieści funtów za drogę do miasta. Wybieram zatłoczony autobus. Patrzę na nieznane krajobrazy w migawkach szerokich szyb I staram się polubić każdy centymetr szaro-zielonej zwykłości.

To jest... Dom? Cholera...


Millennium Square


Wysiadam nieopodal Millennium Square I natychmiast uderza we mnie głośna muzyka dochodząca z BBC Big Screens. Wielokolorowość i różnojęzyczność to kolejne potężne uderzenia. Wszystko to utopione w niezliczonej ilości ludzi powoduje ostrzegawcze dreszcze zapowiadające kolejną falę paniki. Opanowuję się jednak i rozpoczynam poszukiwania najbliższego hotelu lub hostelu. Czegokolwiek, co da mi schronienie w nadchodzącym schyłku dnia. Mój wybór pada na położony nieopodal YHA Bristol, hostel z industrialnie nowoczesnym wystrojem, samodzielną kuchnią i cenami od piętnastu funtów za dobę. Zameldowanie mnie zajmuje ciemnoskórej, ładnej dziewczynie dziesięć minut. Biorę swój bagaż i kieruję się do wskazanego pokoju. Dzięki Bogu jest pusty. Siadam na brzegu wąskiego łóżka I obejmuję nogi rękoma.


YHA Hostel

***

Sąsiad, co to mieszka piętro wyżej, wchodzi do klatki schodowej, pokonuje sześć stopni schodów i z zaskoczeniem patrzy to na mnie, to na ludzkie ciało u moich stóp. Ma na sobie szary prochowiec i szary garnitur. Siwe włosy dopełniają smutnego monochromatu. Mieszka sam. Całkiem niedawno wyprowadziła się od niego kobieta, zabierając ze sobą swoje dzieci, wielobarwne sukienki, perlisty śmiech i zamszowe obcasy wystukujące codziennie jej przypływy i odpływy. Mężczyzna niby chodzi do pracy, niby żyje i oddycha, ale tym oddechem o zapachu pogodzenia z losem i brakiem oczekiwania na cokolwiek.

W jego chłodnych stalowych oczach powoli pojawia się zrozumienie. I litość. A mnie chce się płakać i nienawidzę siebie za tę słabość. I nienawidzę leżącego na wycieraczce, śmierdzącego moczem człowieka. Monochromat podchodzi bliżej i stawia aktówkę nieopodal niskiej poręczy. Starannie odkłada płaszcz, podwija rękawy i ze zwinnością młodzieniaszka przerzuca cuchnące ciało przez swoje wykrochmalone ramię. W milczeniu wskazuję mu pokój, a on bez słowa rzuca zwłoki na łóżko. Uśmiecha się do mnie słabo, prawie tkliwie i życzy dobrego dnia. Słone grochy ryją moje zimne policzki z chirurgiczną precyzją Lectera.

Niech przestanie istnieć.

***

Postanawiam zejść na dół i kupić latte oraz rogalika z dżemem truskawkowym. Zajmuję kawiarnianą przestrzeń YHA z pięknym widokiem na Pero's Bridge, a krzyk mew i zapach River Avon układają poplątane myśli. Zaciągam się dymem z papierosa i powoli wypuszczam kółka w zachodzące słońce. Nadchodzący wieczór niesie ze sobą kolejne fale półnagich roześmianych ludzi, ostry zapach jedzenia, marihuany i dźwięki bębnów. Grupa mężczyzn przechodzi koło mojego stolika, a jeden z nich chwyta się wymownie za krocze nucąc “Common baby light my fire!” Odwracam wzrok w stronę doków. Dziewczyna z recepcji wychodzi w rześkie powietrze zmroku, częstuje mnie skrętem i pyta o pierdoły, o jakie zawsze pyta się nieznajomych. Nie mam ochoty z nią rozmawiać. Mówię, że nie rozumiem angielskiego i idę wzdłuż Harbourside. Ale tak naprawdę idę wzdłuż własnych myśli.


***


Mama zawsze mówiła, żebym dbała o ludzi. Żebym o nich walczyła jak długo się da. Bo nic cenniejszego w życiu nie dostanę. A kiedy już sił zabraknie, kiedy skopią, wyplują i pokażą, w której części odbytu mnie mają, mam odejść. Nawet jeśli to przyjaciel. Nawet jeśli ciotka czy brat. Nawkurzać się, nawkurwiać. Pocierpieć tyle, na ile pozwala żałoba w dobrym tonie. I odejść. Nie trwać w stanie zawieszenia. Nie trwać w żadnym stanie i iść do przodu. Bo jedne drzwi się zamykają, ale okno po lewej leciutko otwiera. Ku nowemu. A tam już wiosenny wiatr pachnący masłem I nowa nadzieja. Póki oddycham.

Więc jestem.

Naprawiam. Przekuwam. Miłość w zrozumienie. Zrozumienie w tolerancję. Tolerancję w chłodną obojętność. Chłodną obojętność w “co ja tu jeszcze, kurwa, robię??” Ręce opadają nad wybitym cegłówką oknem i nad awanturą aż do policyjnej interwencji. Nad szaleńczym śmiechem człowieka, który miał mnie bezwarunkowo kochać, a który wywołuje jedynie rozgoryczenie i smutek. Niech przestanie istnieć.

Sometimes I hate the life I made, Everything's wrong every time. Pushing on, I can't escape, Everything that comes my way, Is haunting me, taking its sweet time!”

***


Mijam podpite chmary chichoczących przechodniów. Obijają się o mnie raz za razem, śpiesząc ku głośnym barom wzdłuż rzeki. Za Za Bazaar pęka w szwach i klienci z kolorowymi drinkami wylewają się na ulicę. Jestem tak cholernie zmęczona i samotna pod tym pełnym gwiazd, obcym niebem. Jestem cudzoziemką. Na tej otulonej wilgocią wyspie. Na tej osnutej smogiem planecie. Nikt nie mówi w moim języku ani ja nie chcę poznawać innych. Jestem kropką w mrowisku. I tak jest dobrze. Bezpiecznie.

Rozglądam się wokół. Grupka ludzi rozmawia głośno po hiszpańsku. Kobieta w czarnej burce prawą ręką ciągnie krzyczącego chłopca a w lewej trzyma plastikowe siatki z zakupami. Wpada na mnie pijany chłopak i natychmiast przeprasza z silnym, rosyjskim akcentem.

Mój nowy dom.

Babilon na szczycie wieży Babel.

Harborside

Renata Przemyk, "Póki świeci słońce."



Zdjęcia - źródło: Website.


72 wyświetlenia