Cudzoziemka. Rozdział trzeci.

Aktualizacja: cze 26


It was an evening I shared with the sun, To find out where we belong! From the earliest days, We were dancing in the shadows.”


Deszcz przestaje padać i zza chmur wyłania się słońce. Nadmorska wilgoć ogrzana niebiańską farelką. Mrowie ludzi zaczyna parować i zrzucać wierzchnią odzież. Nikną kolorowe parasolki i zastępują je dizajnerskie okulary przeciwsłoneczne. To jeden z fenomenów jakie zaobserwowałam niedługo po przyjeździe tutaj: wyspiarze posiedli ponadnaturalną moc materializacji i dematerializacji przedmiotów. Idzie przed tobą, na ten przykład, kobieta. Taka w kieckę ubrana. Kiecka cienka, letnia jakaś. Torebka wielkości biszkopta podryguje na półnagim ramieniu. Klapki lekkie. Takie nic w zasadzie. Na tym kończy się historia przyodzienia. Wtem spada deszcz. Jeden z tych nagłych, charakterystycznych dla letniego popołudnia deszcz. I bum! W dłoni przyozdobionej niewielkim zegarkiem pojawia się nagle ogromna parasolka szykownie współgrająca z kolorem cienkiej jakiejś tam sukienki. Obserwuję to fascynujące zjawisko w zachwycie bo wiem, że wraz z ostatnią kroplą deszczu parasolka zdematerializuje się i przeobrazi w parę pasujących do podrygującej torebki przeciwsłonecznych okularów. Ściągam płaszcz przeciwdeszczowy, który nie ewoluował niestety w nic innego i pozostał tylko przeciwdeszczowym płaszczem. Czuję się jak pominięty fragment odzieżowej ewolucji.


Na St. Nicholas kupuję dwie świece o zapachu grejpfruta, czarny notes i tackę Som Tam, rodzaj tajskiej sałatki z sosem rybnym. Siadam pod murkiem i zjadam zawartość, obserwując jednocześnie mijających mnie ludzi. Jakaś kobieta śmieje się głośno, zaraźliwie I przechodnie zaczynają odruchowo odwracać głowy i odwzajemniać drobne, jakby zaskoczone nagłą wesołością uśmiechy. “Piękne to”, myślę, i odruchowo zamykam tę chwilę w stop-klatce pamięci: “Roześmiany targ rozmaitości”.



St. Nicholas Market and Glass Arcade



Decyduję się na dalszy spacer. Z marketu kieruję się na jedną z głównych ulic, High Street zmierzam ku Medieval Vaults, północnego obszaru St Peters Church. Bristol trzyma te perły dumnie na zielonej piersi. Perły, które mimo bombardowań z 1940 roku nie poddały się zniszczeniom i skrzętnie zachowały to co na powierzchni, jak i to, co kryje się pod nią. Katakumby. Labirynt korytarzy i piwnic, które - pulsując niczym misterne arterie miasta - kryły niezliczone zapasy win, z których słynął i utrzymywał się Bristol. Ławica turystów przemierza ulice nie zdając sobie sprawy z faktu, że miasto kryje pod ich stopami kawał kupieckiej historii.

Idę w stronę Bristol Bridge z uczuciem spokoju wdycham zapach Avon River. Szum rozmów gęsto oplata mokre niebo i nagle chcę się odciąć. Wyizolować myśli od chodnikowego zgiełku. Dead Can Dance rozbrzmiewa w słuchawkach magicznie malując pejzaż post-średniowiecznej scenerii. Pierwszy raz odkąd wylądowałam, czuję w sercu ciepło. Iskierkę. Coś. Dom.


Postanawiam zatrzymać umysł na chwilę. Na moment. Nad tą wodą. Na tej wyspie.W sumie życie nie ma sensu dopóki sami tego sensu nie zdefiniujemy. Dopóki nie nazwiemy tego, co ważne. Inaczej życie będzie tylko sumą fizjologicznych potrzeb. Niczym więcej.

Więc stoję. A całe miasto zdaje się kręcić wokół mnie.



High Street, Medieval Vaults; Wejście do podziemnych piwnic


***


Siadam na skraju łóżka. Cuchnąca woń moczu i wymiocin drażni nozdrza.

-Śpij teraz. Porozmawiamy potem- mówię bez przekonania, nie rozpoznając dźwięku własnego, głucho brzmiącego głosu. On otwiera oczy i zaczyna się śmiać. Po prostu. Krztusi się własną śliną i znowu wybucha śmiechem. Nie jestem w stanie opanować niechęci, która we mnie rośnie. Szybko podnoszę lekki płaszcz, klucze i energicznie otwieram wyjściowe drzwi wpadając na rudą harpię, co to jej się długie ucho do moich drzwi przykleiło. Bez zbędnych ceregieli odsuwam sąsiadkę z drogi i wypadam w zgiełk świata zewnętrznego. W uliczny ruch, szczekanie psów, śmiech dzieci i anonimowość.

Cholera. Niech przestanie istnieć.


You're the one who's always screaming at me I'm the one that keeps your lives so care free What the fuck more do you want me to be? Why must you do this to me? “


***


Niedaleko za mostem zauważam grupki ludzi siedzących na trawie. Leniwie rozciągnięci na swetrach i małych kocach grzeją się w promieniach letniego słońca jak kolorowe koty. Potem odkryję, że dla wyspiarzy każdy przejaw słonecznej pogody jest okazją do znalezienia kawałka trawy lub kawałka knajpy w celu obniżenia poziomu kortyzolu. Jakby wewnętrzny radar kazał im ładować baterie przed pojawieniem się kolejnych opadów. Postanawiam przyłączyć się do tej miejskiej sjesty. Zatrzymać umysł właśnie w tym miejscu, Na tej zwykłej trawie, wśród tych zwykłych ludzi. Ściągam trampki, nakładam okulary przeciwsłoneczne i kładę swoją zwykłą głowę na płóciennej torbie z zakupami. Wtapiam się w dźwięki, śmiech i słowa rozleniwionych kotów. Trawa jest przyjemnie soczysta a wiatr rześki jak powietrze z wentylatora. Rozbiegane myśli mkną gdzieś daleko i zauważam, że od bardzo dawna nie czułam takiego spokoju.

“Tjuuu-tu! Tjuuu-tu!” - dobiega skądś ptasi trel. Chmury leniwie płyną w znanym tylko chmurom kierunku i powoli, powolutku opada na mnie miękki obłok snu.



Harbourside Area


(Sen w trawie.)


-Mamo?...

Głucha cisza kłuje zimnym strachem. Nagle zapominam po co trzymam te ścierkę, po co parapet przemywam. Po co otwieram okno. Po co...

-Mamo?...

Podchodzę bliżej, szukam jej spojrzenia, szukam w nim blasku, iskry jakiejś. Wypatruję bladego chociaż uśmiechu. Życia szukam. Martwy wzrok wisi nieruchomo w woskowej twarzy. Spoglądam w te oczy intensywnie. Czuję, jak łzy spływają mi po twarzy a oddech zamienia się w świst. W ciszę pokoju sztyletami wdziera się śpiew ptaków, boleśnie przypominając o cudzie życia.

Tjuuu-tu! Tjuuu-tu!”

Patrzę w jej oczy, jaśniutkie takie, w to ciało drobne, w te znajome rysy i z mocą dochodzi do mnie, że to ostatni raz. Że to pożegnanie. Że nie będzie kolejnego aktu. Kurtyna opadła Podchodzę do niej i kładę się obok. Chwytam delikatnie dziwnie twardą dłoń. Przytulam się, wdycham zapach lekarstw, kurzu i choroby.

-Proszę,przytul mnie...

Brak pulsu i brak oddechu. Brak duszy, co to powędrowała już hen, ku przygodzie. Prawie słyszę jej podekscytowany śmiech, kiedy wychodzi ze zbyt ciężkiego, niewygodnego ciała i radosny chichot, kiedy oczy mogą w końcu widzieć, a uszy mogą w końcu słyszeć. Non omnis moriar. Cała wieczność do odkrycia.

Dla mnie tam, w ptasim: “Tjuuu-tu! Tjuu-tu!” i w sąsiadki: “Józek! Powieś pranie bo padać nie będzie!”, nie ma cudu przejścia przez Styx. Nie ma romantycznej wzniosłości. Pierwszy strach przekłuwa serce. Tak pachnie śmierć?

-Mamo?...

Spoglądam na buteleczki z morfiną. Równiutki rządek zapomnienia. Nagle chcę połknąć ich zawartość. Dogonić ją, pójść za nią. Nie czuć pustki i bólu straty. Zatopić się w nieistnienie, wchłonąć się w niebyt. Rządek błyszczy w promieniach słońca. Przywołuje mnie. Wpatruję się w kurz migoczący w świetle poranka. Unosi się i wibruje nad łóżkiem, bardziej widoczny w smugach światła wpadającego przez szpary w żaluzjach. Jest coś suchego w jego widoku. Kawałki skóry i włosów drgające w ostatnich podrygach potrzeby istnienia.

Tjuuu-tu-tuuuu! Tjuuu-tu!”

Śpiew wdziera się zastygły w ciszy pokój. W plany odłożone na później, co ich już nigdy nie doplanuje. W marzenia niedomarzone i w nowo kupione skarpetki, które nigdy nie zagoszczą na jej stopach. Smutny akt nieziszczenia.

-Mamo, proszę...

Nie płaczę już, nie rozpaczam. Nie ma dramatu z amerykańskich filmów. Żegnam się z wycieńczeniem, bólem i ciemnymi godzinami. Całuję woskowy policzek, twardy i dziwnie obcy. Policzek, który unosił się w uśmiechu, i po którym spływały łzy radości. Patrzę na dłonie, które przytulały i w oczy, które patrzyły jak dorastam.

-Mamo? Jeszcze nie dorosłam...

Cisza trzyma nas obie w zaklętej godzinie i trwam tak bez ruchu bojąc się, że nawet lekki popchnie wskazówki do przodu i moje życie, te, które się nieuchronnie kończy, porwie turbina zewnętrznego świata. Tu jest moje sacrum.

-Do zobaczenia.

Raz jeszcze głaszczę sztywne włosy. Całuję czoło. Podchodzę do buteleczek i wsłuchuję się w ptasi trel.

Tjuu-tuu! Tjuu-Tuu!”

Stałam się śmiertelna i zdeptuję połamane, niedorosłe skrzydła. Ból mąci zmysły i wpycha do labiryntów, z których nie ma wyjścia. Biorę wdech i podnoszę buteleczkę. Przeglądam się w niej jak w lustrze, szukając odpowiedzi, rozwiązania. Czegokolwiek. Wpatrzona, dopiero po chwili uświadamiam sobie czyjąś obecność. Odwracam głowę i ze spokojem odkrywam, że to ona. Mama. Stoi nade mną, uśmiechnięta cała, jakby własna śmierć była tylko groteskowym żartem. Zaczyna gładzić mnie po włosach, przytula do piersi I nuci cichutko dziecięcą kołysankę.


Była sobie Baba-Jaga, miała chatkę z masła, a w tej chatce same dziwy – pst! iskierka zgasła.”


Jest mi dobrze i bezpiecznie. Podnoszę wzrok i patrzę w jej szkliste nagle, mokre od łez oczy.

Kap... Kap...

Słone krople w zwolnionym tempie spadają na moje czoło,rozpryskując się koroną krwi.

Kap... Kap...

Całuje mnie w to mokre czoło. Pachnie trawą i wiatrem. Uśmiecha się i odsuwa mnie lekko.


Już ci Wojtuś nie uwierzy, iskiereczko mała, Chwilę błyśniesz, potem zgaśniesz, ot – i bajka cała.”


Kap... Kap...

Otwieram oczy na padające kwaśnym deszczem niebo. Miejskie koty nie zważają na zmianę aury, ale ja postanawiam zmienić miejscówkę. Ruszyć mój zatrzymany na chwilę umysł i zdefiniować własny żywot.

Wciąż czuję jej usta na czole.

Już wiem, co zrobię.





Zdjęcia - źródło: Website


37 wyświetlenia