Grill

W internecie przeczytałam, że włos składa sie z łodygi wyrastającej na powierzchnię oraz z korzenia osadzonego w skórze. Korzeń ten objęty jest pochewką, tym mieszkiem tam potocznym, i kończy się wyraźnym zgrubieniem, uwypukleniem, czyli cebulką, w którą od dołu wchodzi unaczyniona brodawka włosa.


Także tego.


Sam rozumiesz, że to techniczny opis czternastej pozycji z Kamasutry, prawda? Ta intymna więź pomiędzy korzeniem a pochewką...


Tak.


Nic więc dziwnego - powtarzam, absolutnie nic! - że łysi rekompensują sobie brak włosów zdobywaniem terytoriów, dóbr materialnych, namacalnych. Bo to o te doznania macalne chodzi, co ich na głowie nie doznają. Żeby se podotykać, nacieszyć się strukturą i bujnością posiadania. Zaspokoić jakiś seksualny wręcz brak, którego to doświadczają impotentnie. No orgia!


A wiedzę tą zdobyłam nie, że tylko w internetach. Co to, to nie! Wiedzę tą pogłębiłam na łysym jegomościu, który wziął mnie w materialne posiadanie, skuszony ptasim mleczkiem z polskiego sklepu International Food. Wymacał czekoladkę, otaksował mnie samą - czyli dobro materialne - i targany cebulkowym niedosytem, posiadł. Wraz ze mną zgarnął również kilka gratów łatwych w recyklingu, moją szalenie barwną osobowość, Panią Józefową i grilla.


Te dobra to zasadniczo cały dział perukarski, jak tak się głębiej zastanowić.


Ale, że macant ogromną czułością otoczył świeżo nabyte dobra, i sam wykazuje wysoki iloraz inteligencji przydatnej do współistnienia, przemyślenia postanowiłam wepchnąć sobie z powrotem w pień mózgu i wyciągnąć macanta i grilla na świeże powietrze. Świeże powietrze i pierwsze pieczenie szaszłyków warzywnych. Czy może być piękniej?!


Grill mały, przenośny. Węgielki dołączone. Koce, podpałka, warzywa, wino, ser i małe zbożowe bułeczki w torbie na szerokim ramieniu posesora. Pogoda słoneczna, mały las niezmiennie zielony. Rzeczka, ptaszki, ludzi w chuj, że nie wiem, gdzie te koce se rozłożymy. Sznur jest, to zhamakujemy. Pięknie jest!

Wciskamy się na ostatni skrawek trawy nad rzeczką, w między drzewa, w między tłum. Się uśmiechamy. Się asymilujemy.


Coś, jak nad Bałtykiem w erze przedpandemicznej tegoż wieku. Raz w roku bierzesz rodzinę i psa, płacisz ogromny hajs za miejscówkę z widokiem na mewy, lądujesz zziajany pod wynajętym parasolem i masz widok na morze. Morze naoliwionych Januszy i Halinek.


No. To my tu podobnie, tylko za darmo.


Grille wyciągnięte, koce porozkładane. Z dymu taki dach nad lasem, że mimochodem nasłuchuję wycia syren strażackich. Ale tam, pff, jest klimat! Słońce w dwadzieścia stopni, ja i mój cellulit na leżaczku, w bikini, Adele u sąsiadów obok zagłusza myśli i ptasi śpiew. Macant na kocyku popija Merlota i walczy z cukinią. Jedyny cel to dolce far niente i naturalne poparzenia UV z efektem w złoty brąz. Jest b-o-s-k-o!


Właśnie z rozczuleniem zaczynam myśleć o nim, o nas, kiedy odzywa się dzwonek telefonu.


Pani Józefowa.


Stawiam na baczność receptory, płaską pierś zakrywam koszulką z Orgasmatron od Motorhead.


- Pani Józefowa! Wszystko tam gra, u Pani, gra? – pytam łamliwie, zbierając koc na obnażony, ledwo opromieniony cellulit.


Pani Józefowa tajemniczo uśmiecha się w kamerkę i zerka w stronę macanta, który – odwrócony błyszczącą łysinką - nadal walczy z cukinią.


-Ja tak na chwilkę, dziecko drogie. Sprawdzić, co tam porabiata. Lokdauny w Angliji zkończone, widza, że bydło pasie sie na polu! – pieje w las, unosząc brew w stronę kamerki.


Zerkam na boki. Się modlę, żeby bydło nie kumało.


-A ten twój łysy, to bardziej łysy, niż myśloło! – uśmiecha się lubieżnie. – Nic się nie mortw, dziewucho. Ja tam słyszoło, że łyse to chędożne jebaki!


Odruchowo zakrywam się po szyję. Co jak co, ale Józefowej to wiązać nie chcę ani z moim życiem seksualnym, ani z bezpłodnymi cebulkami macanta. Nawet nieświadomie nie chcę.


Macant nagle sztywnieje. Nierchomieje nad cukinią i koncentruje uwagę na Józefowej, co to z pełną uwagą poczęła wysysać miąższ z cząstek winogron. Nie wiesz, no bo nie wiesz. Cię tam nie było. Ale w małym lasku rozległy się nagle - w stereo i HD - pełne gamy rzewnych siorbnięć, wsysań, mlaśnięć, westchnięć! Los chciał, że Adele ucichła, strumień zamarł, ptaki wyginęły... Cisza, kurwa, absolutna.


-Oj, jebaki, jebaki! Pociupciałoby się! – wzdycha Pani Józefowa, oblizując z rozkoszą ostatnie grono.


Mlask.


Chryste.


Fonia jak z pornola. Tylko, że Pani Józefowa Wehrmacht pamięta. Takie Wehmacht porno soundtrack dla totalnych zwyroli. Z atakiem bombowym w tle. Atakiem poluzowanej szczęki.


Cisza. Lokalsi też cisza. Mlask i wsysanie. Jęk.


Chryste!


Rozłączam się, bo co innego?! Cisza jak makiem, bydło się gapi, ja w paraliżu z kocem pod brodą uśmiecham się najpiękniej jak kuźwa potrafię.


Macant przełyka ślinę, rzuca we mnie spojrzeniem. On dobry jest, w tych tam, spojrzeniach. Jebitnie dobry.


-Kochanie? A ty spokrewniona z Panią Józefową?...


Dobre pytanie.


Uśmiecham się uśmiechem w level supernowa. Gryzę nerwowo rzodkiewkę.

Masz babo placek. Spierdoli jak nic.


Dział perukarski to za mało.

Czas uruchomić całą sieć.



Marysia Pajestka

54 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

No future

No future?

Grill