Halloween


Najbezpieczniej iść na wzgórze o świcie, gdy czuć zbutwiałe liście i chłód.


Do zniczomatu wrzucam pięć złotych. Automat nie wydaje reszty.


Dwa niewielkie znicze tłuką się o siebie, w przepastnej torbie. Wiele można do niej włożyć: notatnik, jabłko i fajeczkę wiśniową. I nikt w domu się nie zorientuje, bo przecież matce nie wypada. A dzieci widzą wszystko i jeszcze więcej.


W listopadzie wzgórze jest sterylne, czeka na gości.


No więc tak, lepiej iść na wzgórze o świcie. Rosa na trawie świeża, jakby istniało tam jakieś życie. Po alejkach łażą geometryczne biedronki, cmentarna fascynacja z dzieciństwa. Teraz dzieciaki w książkach do angielskiego muszą coraz częściej zaklejać stronę z Halloween, jak to w kraju nad Wisłą. Mamy swoje makóweczki i lukrowane chryzantemy. Mistyczne wypominki za co łaska.


Po lewej Franciszek, z ptaszkiem na ramieniu. Figura jak się patrzy, na postumencie. Jednak on ciągle bez wyrazu. Tak, ma przecież oczy wyciosane z kamienia. Nie wiem, na co patrzy. Jakie oczy miał święty Franciszek. Odwieczne pytanie bytu. Doczytam jakie miał oczy. Przecież ludzie tyle wiedzą o świętych.


Rozsiadam się na ławce. Obok bukszpany. Ciocia zakonnica patrzy na mnie z wypukłego zdjęcia. Zgani - nie zgani, pogadamy. Wywołuję w sobie jej duszę, śmiech, ciepłe dłonie. To z nią dawno temu w białoruskiej wsi nawiedzałam groby i ścigałam się na rowerze. Ciocia czarodziejka.


- Cześć.


Nie odpowiada. To znaczy, że chyba tym razem nie obstawi.


Mówię wszystko ze szczegółami, wstydliwymi też. Tylko po kiego diabła, skoro Ona i tak wszystko wie. Święci ludzie idą do nieba, więc widzą każdy mój ruch.


Blade słońce już nad murem cmentarza. Pora wracać.


Przekraczam umowną granicę. I nie proszę o rozgrzeszenie.


Handlarze wznoszą wesołe miasteczko straganów. Za zakrętem skulony człowiek. Patrzy na mnie spod poły płaszcza, jak szpieg z Krainy Deszczowców. Pies ciągnie go na smyczy pod parkan i pisze coś parującego na murze.


Nadciąga dzień.





Małgorzata PA

25 wyświetlenia