Idzie rak, nieborak. A niech to szlag.


Otwieram oczy.


Doktor Kieryl siedzi przede mną, lekko zgarbiony. Wzrok mu w bok ucieka. Może patrzy na rybki w akwarium, a może układa w myślach wieczorne menu. Spaghetti z krewetkami w sosie koperkowym. Jak zabraknie krewetek to może te rybki z akwarium w czosnku.A może ma dość tej roboty i przekazywania grobowych wiadomości.


-Co pan powiedział?


Mam zachrypnięty głos. Już wiem przecież co powiedział, ale kulę się przed tą wiedzą jak pies przed kijem niezrównoważonego właściciela.


-To rak. Ma pani raka.Trzeba operować.


Cisza.

Tik-tak tandetnego ściennego zegara.Szum plastikowego wentylatora.

Ta cisza odmierzana smukłą wskazówką wwierca się w mój umysł. Głębiej, głęboko. Aż czuję metaliczny posmak w ustach i słyszę w uszach wysoki pisk.

Kurwa. Jak nic zemdleję.


Biorę łapczywie oddech.


(I widzę ją w tej bawełnianej kremowej koszuli nocnej, z tym grzebieniem, z którego smętnie zwisają matowe od chemii włosy Jej twarz wykrzywia rozpacz tak ogromna, że już tylko dusza wrzeszczy z bezsilności. Ona nie wie że tam jestem, przytulona do drzwi łazienki. Ona nie wie, że jestem niemym świadkiem powolnej degradacji, utraty wiary. Umierania. A ja w sercu wrzeszczę razem z nią. I chcę oddać za nią życie.

Kocham cię!!! Nie bój się...)


Wciąż mam ten grzebień, co zbierał opuszczające skórę głowy włosy. Żniwiarz z Pepco made in China w kolorze przydymionego granatu.


W tej chwili widzę w niej siebie i wszystko tak boli. Niech ktoś stanie za drzwiami łazienki, niech ktoś płacze ze mną, niech ktoś mnie kocha, niech ktoś mnie odboi. Nie ma kolorów, nie ma HD. Wszystko pachnie szarością i kurzem.

(Kocham Cię!!! Nie bój się...)


Idzie rak, nieborak, jak ugryzie będzie znak!


Kieryl coś tam mówi o badaniach, próbkach, o procedurach i grupach wsparcia. Bacznie obserwuję ruch jego ust. Kontempluję mimikę twarzy i równiutko przycięty wąs nad rzędem białych, wypiaskowanych zębów. Patrzę jak odruchowo bawi się mankietem sztywniutkiej, bialutkiej koszuli tonącej w zapachu drogich perfum.(Co ty do mnie tu mówisz, metroseksualna pizdo?!)

Uśmiecham się mechanicznie i kiwam głową. Słowa nie słyszę z tego tam ruchu pociągniętych wazeliną warg.


Zamykam oczy.


W sumie to nie wiem, jak znalazłam się w domu. Przemieszczenie bez udziału umysłu świadomego. Mam w ręku siatkę z mlekiem i płatkami. Też nie wiem, jak i kiedy. Może ukradłam i zwinie mnie glina. Będę siedziała za niewinność. Bo jak nie pamiętasz, toś niewinny. Tak? Jak nie pamiętasz, toś zdrowy jak ryba w Kierylowym akwarium. Tak?


Zalewam te płatki, robię sobie kawę. Wyglądam przez mokre okna mieszkania spływające w tysiące kropek, przecinków wykrzykników i pytajników.

Te krople jak ludzie w moim życiu. Niektórzy odcisnęli ślad mocnej kropki. Inni wzięli mnie w nawias, objęli swoim istnieniem i zatrzymali na dłużej. Byli tacy, co wykrzyknęli się w mojej podróży. Napiętnowali moje serce, wyryli imiona w moich myślach. Były też przecinki. Krótkie ludzkie mosty prowadzące mnie w dalszą drogę.


Chcę być kropką, przecinkiem i nawiasem. Chcę zdążyć.


Powoli ściągam czarne spodnie i rozciągniętą szarą koszulkę. W kompletnej ciszy ostre wycie klaksonu przeszywa złudne poczucie kontroli. Obserwuję swoje ciało w poszukiwaniu wroga. Przejeżdżam palcami po skórze podbrzusza i delikatnie naciskam okolice pępka. Naskórek napina się w obronie przed nagłą inwigilacja. Obcy. Pieprzony ósmy pasażer Nostromo.


Nie chce mi się o nim myśleć. Ani dobrze, ani źle. Jak już jest, to niech będzie. Zjemy razem płatki i napijemy się kawy. Będę obojętna. Będę twarda. Będę harda. Będę.


I jak się znalazłam w tej łazience, też nie wiem. Na zimnej podłodze, cała w smarkach i łzach. Wiesz, że można wyć jak zwierzę? Nie wiedziałam, dopóki własnego wycia nie usłyszałam. Bezsilny ryk i krzyk trwogi, a jedynym świadkiem kobieta po drugiej stronie lustra. Z wykrzywioną twarzą i rozmazanym tuszem do rzęs.Siedziałam tam do późnego popołudnia, trzymając w dłoniach granatowy grzebień made in China w kolorze przydymionego granatu. Zasnęłam.


(Ona dotyka swojej głowy, i powoli goli pozostałe kępki włosów. Płacze. Jak bardzo płacze.-Wiesz, córeczko? To tak, jakbym traciła siłę. Jestem Samson. Ale nie ma w tym odwagi. To strach przez mocno zaciśnięte „S”. Ja umieram. Cholera jasna!!!)


Entliczek-pentliczek-czerwony-wykrzykniczek-na kogo-wypadnie-na tego-won!


Budzi mnie gwałtowny deszcz bębniący w stare szyby. Jestem skostniała i zziębnięta. Kobieta po drugiej stronie lustra też. Ma mocno spuchnięte oczy i z dwadzieścia lat więcej niż ja. Przyglądam się jej zza przymrużonych spuchnięciem powiek.


-Cześć, frajerko.


Kiedy ostatni raz uprawiałam seks?

Nagle to zagadnienie staje się szalenie istotne. Jak mnie już nie będzie, to czy pożałuję tych wszystkich orgazmów, którymi wzgardziłam?

Jak mnie już nie będzie, to czy będę tęsknić do tańca, którego nie zatańczyłam? Do ludzi, których nie zdążyłam poznać?

Gdzie, kurwa, będę, jak mnie już tu nie będzie.

Jak mnie nie będzie tu.

Tu.


Wiesz? Nie myślę, żeby nagle zacząć nadrabiać, doceniac każdy dzień i celebrować poranki. Uprawiać dolce hygge i pojechać na Bora Bora.

Myślę, że znowu grzyb w rogu sufitu wychodzi. I że jesień tego roku jest wyjątkowo ciepła.


Siedzę oparta o zimne kafelki, które ogrzewają się ciepłem mojego ciała. Na przeciwległej ścianie, tuż pod tym grzybem, tańczy różowe i żółte światło zachodzącego słońca. Nad wzgórzem dzielnicy unosi się wiatrem tęskny, zawodzący saksofon.

Ten moment zamyka mnie w najczystszej magii, jaką człowiek może sobie wyobrazić.

Jestem Tu.

Jak mnie nie będzie, będę tą muzyką, tym światłem, orgazmem, tańcem, przecinkiem i kropką.

Będę wszystkim i wszędzie będę.

Patrzę na tamtą, w lustrze. Na tą znajomą, zapłakaną kobietę, na której twarzy ostatnie promienie rozciągają wachlarz światła. Uśmiecham się.


-Choć, zaparzę Ci herbatę z miodem. Kocham Cię. Nie bój się.




Boska Ławka Rezerwowych




65 wyświetlenia4 komentarz