Jak kończą się przyjaźnie


Zza uchylonego okna dochodzi braterski śmiech. Pod oknem stoi łóżko, na łóżku leżę ja. Jest niedzielna noc. Próbowałem zasnąć, a teraz ten jebany śmiech. Stoją przed sąsiadującym z oknem hotelem; wystarczy im polano jednego zdania, wrzucone do ogniska, i ogień wybucha płomieniem, a oni śmiechem. Za kilka godzin kołchoz samotności, tyle, że w pracy. Dla samotnego samca, wszystkie anty samotne i anty samskie spędy, są spędami szczęśliwego bydła. Może po weselnych poprawinach tu zostali jeszcze, aż do poniedziałku.


Rozbudzony, siadam na łóżku i podkładam swoją szczapę.


Na początek wykrzesać iskrę pamięci, kiedy to ja ostatnio tak się śmiałem.


Prawdopodobnie było to tuż przed wyjazdem z Bronkiem nad morze. To on zaproponował wspólny wypad. Siedzieliśmy w moim, kolejnym wynajmowanym mieszkaniu, w kuchni.

- Tak cenię twoje towarzystwo, że wesprę cię protezą mamony, żebyś mógł ruszyć ze mną.

Podróż z nieznajomym w nieznane – pomyślałem, albowiem w czasach młodości, lata utrwalające poznanie i przyjaźń przegrywają z impresjonizmem, dla którego liczy się powab chwili. Bronka poznałem na studiach, a studiowaliśmy ledwie niecały rok.

- Co ty na to? - kontynuował Bronek, wpatrzony we mnie, i jak w obraz, i jak w delficką wyrocznię. Zapanowała cisza.

Rozgniotłem dziadkiem włoski orzech i w jednej sekundzie trzask łamanej łupiny wprawił nas w niepohamowany, czysty śmiech z niczego.

- Protezą mamony? - Cha cha cha cha cha, skąd ci do łba przyszło takie porównanie, ty kupcze!

Bronek pomagał matce w firmie, skupował i intratnie sprzedawał nieruchomości. Śmialiśmy się coraz głośniej.

- Więc stawiasz wyjazd?

- Stawiam! Nie tylko wyjazd! Mogę postawić ci wszystko co zechcesz!

W ferworze śmiechu, w afekcie zaśmiewania się, w ekstatycznym paroksyzmie nad niczym, nie zastanawiałem się, próbowałem jedynie wydłubać połówkę orzecha z łupiny. Podważyłem małym nożykiem i wreszcie złocisty kawałek znalazł się w moich palcach. Oto i jest, spójrz jaki ma waginalny kształt – powiedziałem, podchodząc do Bronka. - Cipowaty orzech, cha cha cha. Podniosłem połówkę na wysokość jego oczu, podszedłem, żeby mógł się przyjrzeć z bliska, a on nagle zakręcił kurek śmiechu. Przesunął spojrzenie ponad i wbił wzrok we mnie. Trwało to może dwie, może trzy sekundy. Nabrał powietrza przez usta i lekko uchylone wargi pozostały mu już na zawsze.

- Nie chcesz to nie – zrobiłem przysiad jak zawodnik sumo, otworzyłem usta i podrzuciłem orzech w górę. A ten spadł dokładnie w sam środek przełyku. Koniec. Nie ma orzecha.


Jechaliśmy pociągiem. Słabo spałem tamtej nocy, więc próbowałem odzyskać stracony czas, przyklejając głowę do okna. Turkot kół rytualnie wprawiał mnie w uśpienie.

- Stąd pochodzę – odezwał się nagle Bronek, czym wytrącił mnie z hipnozy jednostajnego dźwięku. Byliśmy czterdzieści może pięćdziesiąt kilometrów za miastem. Spojrzałem przez szybę.

- Z tych pastwisk? - ocknięty, próbowałem dowcipu.

Bronek milczał.

- To co tu robiłeś? - spytałem, prostując się i przełykając ślinę.

- Łąki. To są łąki. Wiesz, ile tu jest mokradeł i ptaków? Za dzieciaka, brałem lornetkę i o świecie wychodziłem na łowy.

- Sam?

- Nie. Z dziewczynami...

Stwierdzenie „z dziewczynami” trąciło wstydem.


Bronek zdążył już rozstać się ze swoją pierwszą, oficjalną dziewczyną. Podobno wpadli sobie w oko, później on wpadł do jej serca, ale szybko znalazł wyjście i serce dziewczyny zostało puste.


Znów popatrzył na mnie o sekundę za długo. Podniosłem się i odwróciłem w stronę okna. Jednym pociągnięciem ręki uchyliłem je. Do środka wdarł się świst powietrza wraz z zapachem krowich placków.

- Oho, pachnie wakacjami – pomyślałem, trzymając rękę na uchwycie. Po chwili z impetem zatrzaskując okno. Do końca podróży nie zasnąłem.


Wysiedliśmy na stacji i piechotą dostaliśmy się do willi, w której mieliśmy pokój. Pierwszym zmysłem, który się budzi w nowym miejscu jest węch. Za każdym razem zaczynam poznawać zapachem. Miasto pachniało samochodami, kawiarniami, deptakiem i morzem. Szliśmy w milczeniu, odnajdując się w zupełnie nowych ulicach i miejscach.


Miejsca te oswoiliśmy po dwóch dniach, kiedy to mieliśmy już ustaloną trasę, prowadzącą deptakiem do upragnionych fal. Po drodze ginęliśmy w morzu ludzi, choć z drugiej strony, byliśmy cząstką tego morza dla innych. Zabieraliśmy im indywidualność, zamieniając w anonimowość, zabieraliśmy ich strach, zamieniając w siłę do bycia sobą, zabieraliśmy wstyd, stąd częsty widok nagości nie robił na nikim wrażenia.


Wystarczy wyjechać poza dom, żeby się móc odkryć.

Ja lubiłem wylegiwać się z książką na plaży i pływać, Bronek odkrywał w sobie zakupowy entuzjazm. Przystawał przy kramach z pamiątkami, wdeptywał do odzieżowych sklepów, nie omijał nawet galerii sztuki.

Wracaliśmy popołudniu deptakiem, ja z ręcznikiem i skończoną książką, on z nową bransoletą. Ni z tego ni z owego Bronek zaczął drżeć. Przystanąłem i ze skrzywieniem na twarzy, próbowałem dociec co mu kurwa jest.

- Bronek, co się dzieje?

-Trzeba było ich wszystkich eksterminować!

- Kogo?!

- Tych gejów, pedofilów!

Szybko zacząłem przesuwać się po trajektorii jego spojrzenia. Jego wzrok utkwił na dziesięciu splecionych ze sobą palcach. Palce należały do dłoni mężczyzn. Mężczyźni byli młodzi i opaleni, i wyglądali na szczęśliwych.


- Że też Hitler ich wszystkich nie wytłukł – zakończył naszą przyjaźń – nieznajomy Bronek.



Eligiusz Buczyński



Zakładka Autorska








144 wyświetlenia2 komentarz