Jeden dzień z życia Iwana Denisowicza w XXI wieku. Miasto.


Weź ode mnie sto pięćdziesiąt złoty i kup te swoje warzywa na ryneczku.

- A może pojedziesz ze mną?

- Z chęcią.


Sobotni ranek, ryneczek, miasto, sprzedających ze wsi od czorta.

Mleko w starych butelkach, ale świeżo od krowy, panie.

Sterty kopru, rzodkiewek i astrów.

W budce z przyprawami jak w Bagdadzie, kozieradka, szafran, kurkuma, suszone oregano, tymianek i oliwa ze wszystkiego co na świecie nadawało się do wytłoczenia; ostropest, pestki słonecznika, oliwki, len, rzepak. Ale wciąż mówimy dzień dobry, a nie salem alejkum.

Teraz baba ze słoikami, własne buraki, buraki z papryką, i dżemy ze wszystkiego co zawierało choć trochę cukru. Jest i śliwka mirabelka.

Dalej sery, wszystkie zwane korycińskie, a każdy pochodzi skąd chce i robiony jak chce. To też trzeba mieć.

Gwóźdź programu; słodycze. Trzy opakowania ciastek po pięć, albo pan co sprzedaje wszystko po pięć, latarki, noże, pedały do rowerów, deski do krojenia, komplet śrubokrętów, czy chusteczki do przecierania okularów.

Ten ma najwięcej kłopotów.

Jedna z klientek nie życzy sobie naderwanego banknotu. Znalazł się nowy. Też sobie nie życzy.

- Pani mnie denerwuje.

- Proszę mi wydać innym banknotem – nie ustępuje baba.

Między majtkami i rajstopami znajdzie się nawet potrójna ikona.

Ona ją wypatruje i mówi, że chce mieć.

Wyciągam pięć dych, płacę i zabieram święty towar spod bezbożnych gaci.

Wreszcie mamy wychodzić:

- Cheb! Chleb! Jezus Maria zapomnieliśmy o chlebie!

No to staję w kolejce do Kraski, czekam na zewnątrz i patrzę przez uchylone drzwi jak ekspedientka podaje maszynie bochenki, a ta je wytrwale kroi, jakby to ona była w robocie najbardziej, a nie handlujący.

Chleb dycha, a skoro jeszcze został piątak w kieszeni, to za resztę będą wafelki, wiadomo. Wyjeżdżamy.

- A nie. Wędlina.

No to ja już poasystuje z torbami, bo nie mam ani grosza.


Sobotni ryneczek - ludzie ze wsi przejmują urzędnicze wypłaty mieszczuchów. I to zwracanie się w trzeciej osobie, ona weźmie, on sprawdzi, ona niech dotknie, on pomaca, jej mówię, że łagodne, jemu, że po pięć. A na koniec niech koniecznie sprawdzą, czy dobrze się reszta wydała.


Wychodzimy stamtąd. Taszczę zakupy jak wielbłąd w szczycie sezonu na Monciaku.


Przyjeżdżamy do domu.

Trwa akcja lodówka, spiżarnia, kosz wiklinowy na schodach, oraz każda inna operacja, mająca pomóc rozładować to przygotowanie na koniec świata. Do śniadania wyciągamy świeże kurki, cebulę i jajka. Ona chce jeszcze warzyw, więc dokłada paprykę i pomidora. Ja zajmuję się przyrządzeniem. Najpierw cebulka. Potem grzybki. Potem znowu cebulka, i na końcu jajka. Trochę przesalam. Ale już chyba wyczułyście drogie dzieci, na jakim wkurwie to robię.


Potem wyjeżdżam uprawiać bardziej męskie zadania.


Uprawiam zakup śrubek do szafki w kuchni, stelaża na ubrania, bo (wszystkie szafy są zawieszone), haczyków. Również torby do pakowania sezonowych ubrań i na koniec doniczki.

Po drodze odbieram wiadomości, żebym zajechał na spożywkę i dokupił kilka drobnych rzeczy. Otwieram portfel i płacę kartą kredytową, żeby nie spojrzeć w oczy prawdzie, jestem goły jak święty turecki.

Wracam i montuję to co naprzywoziłem.

Ona w tym czasie umawia się na wieczór. Nie wiem z kim, nie wiem gdzie, i nie wiem, że w ogóle się umawia. Najważniejsze, ona wie. Ja dowiem się o tym wieczorem.

Po kolejnym, kurwa, rozstaniu.

Wracam do siebie goły i głodny.

Nie mam ani kawałka chleba.

Wracam do wspomnień, bo trzeba się czymś pożywić.

Przed oczami zostały jeszcze śpiące w wolierze koty.

Spokojne.

Bezbronne.

Śpiąc, wyglądały na takie, co wszystko, ale to wszystko

mają totalnie w dupie.



Duch Osobny

Punkt Siedzenia

Ebook

88 wyświetlenia