Każdy umie się odwdzięczyć więc posłuchajcie.

Aktualizacja: cze 26



Wszedłem na skwer pod katedrą i wtopiłem się w tłum. Może nie tyle w tłum, co wtopiłem się w przechodniów, idących dokądś i zapewne skądś. Spacerujących ze sobą w tysiące stron i w tysięcznych konfiguracjach. Wbrew wirusowi, który jeszcze nie zniknął.


Nie tak dawno na ten skwer z katedrą miałem widok z budynku obok, z okna magazynu na pierwszym piętrze, w którym chowały się książki, a ja je odnajdywałem. Odnajdywałem tam również zaciszny kąt, w którym rozmawiałem o swoich planach z kobietą, której nigdy nie widziałem. To był czas blogów. Bloga prowadziłem, i na blogu się poznaliśmy. Miała taki aksamitny głos, i ktoś jej powiedział, że mogłaby pracować w seks telefonie, co zresztą potwierdziłem nieśmiało, a ona się zaśmiała i już byłem pewien. Patrząc na skwer z góry widziałem w nim ocean, dziś byłem jedynie drobną częścią jego fal.


Szedłem.


Przed pandemią, co tydzień w czwartek, między katedrą, a ratuszem rozstawiał się tu kościół uliczny. Ci ludzie jakby mówili do siebie, bo mało kto ich słuchał, lecz zdawali się tym w ogóle nie przejmować. Mówili o nawróceniu z taką żarliwością jak Sex Pistols śpiewał o anarchizmie. Ale dziś pandemia, wiadomo. Można płynąć z ludźmi w jednej z fal, a nie można zorganizować imprezy. Takiej małej jak kościół uliczny - też.


Stanąłem na przejściu. Gdybym wiedział, że to opiszę, zapamiętałbym jakiś szczegół, charakterystyczny detal. Nie wiedziałem, i macie co macie – stoję szary, jak idiota.


Przechodzę, i dostrzegam go z daleka. Siedzi na ławeczce i nieprzytomnie wzrok wbija w beton. On jak beton i beton jak beton. Rynek jest zabetonowany. Wycięto drzewka i latem kiedy wychodzi nasze kochane słońce – słonko – słoneczko – za chuja nie wysiedzisz. I nie wystoisz. I nie wytrzymasz. Nie martwcie się jednak, tym razem był już prawie wieczór, słonko już sobie poszło, a on tam siedział, prawie spokojnie.


Jego zbłąkana dusza dawniej była fotografką ludzi, z tej okazji organizowano jej nawet wystawy. Jednakże jego tu i teraz, nie potrafiło dać rady z chlaniem i utopiło duszę w oceanie alkoholu. Kiedy dusza jest na gigancie, mężczyznom rośnie broda i szczecina wąsów, dokładnie tak jak u niego. Spojrzałem dziesięć sekund temu, a on dopiero teraz to poczuł. Wyjął zanurzone w betonie spojrzenie i strzelił do mnie celnie za pierwszym razem, jak rasowy snajper. Wstał i podbiegł w moim kierunku. Leciał jak na skrzydłach. Chciał się przywitać. Podałem mu rękę.

- Jak dobrze cię widzieć, słuchaj, strasznie się cieszę, że cię widzę...


Zdaje się, że ciągle dostajemy takie słowa nie od tej istoty, od której byśmy chcieli dostać. Jakby istoty, na których najbardziej nam zależy poszły witać kosmitów, a my w zamian dostajemy kosmitę tu gdzie jesteśmy. Popatrzyłem mu prosto w oczy i powiedziałem mało odkrywczym:

- Popłynąłeś.

Zawiesił się na chwilę.

- Popłynąłem, owszem – przyznał desperacko - ale mam również ciało. A ciało domaga się jedzenia, jestem głodny, chciałbym coś zjeść.


Przeszukałem kieszenie i wyciągnąłem dokładnie tyle, ile chciałem mu dać. Tak żeby na piwo okazało się za dużo, a do flaszki ciągle daleko. Niech się zawaha, czy dozbierać, czy zadowolić się tym co ma.


Dziękował mi. A ja jak ta fala, wciąż wracałem do – popłynąłeś, jaka szkoda, kurczę. Byłeś już na dobrej drodze.


- Popłynąłem, ale wrócę, chcę wrócić – zapewniał.


Mówił tak ponieważ trzymał w dłoni garść monet. I wtedy wyrwało mi się niechcący


– W Bogu nadzieja.


Osłupiał. Patrzył na mnie wnikliwie. Nie przejrzał duszy, bo miał zbyt rozwodnione oczy, ale nie miał pewności, czy mówię poważnie. Patrzyłem na niego z góry. Byłem wyższy i silniejszy. A może miałem tylko odrobinę więcej szczęścia w życiu?


Pokonał mnie jednym ciosem. Snajperskim pociągnięciem. Puentą puent:


- A idziemy do cerkwi napić się święconej wody….?


Duch Osobny

58 wyświetlenia