Listopad


Jestem kolekcjonerem momentów. Zamykam je w niemych krótkometrażach.

W 8mm.

W zgaszonych kolorach i szumach taśmy. Otaczam emocjami, konserwuję na dłużej. Nagle usłyszane dźwięki, westchnienia, kolory, zapachy uwięzione w powietrzu, teleportują moją świadomość w kadry momentu i bum! - czuję co czułam, widzę co widziałam.

Jestem, gdzie byłam.


Nie potrzebuję fancy albumu do zdjęć, tysiąca fotografii, kolekcji pamiątek z zeszłego lata. Nie jest mi potrzebny utwór, którego słuchałam w latach dziewięćdziesiątych na wypadzie w Bieszczady, czy inne przypominajki.


Staję, zamykam oczy, kładę dłoń na sercu.

Po prostu.

Szepczę - "Listopad" - i pod zamkniętymi powiekami obserwuję popołudniową zadymkę.

Wierzchołki drzew kołyszą się niespokojnie od porywów zimnego powietrza, a wrony nawołujące się nad naszymi głowami przywodzą na myśl klimat z Wilczycy Marka Piestraka. Znajomi z Wielkopolski i Podlasia zebrani w jedną bandę, przedzierają się przez wysoki, dziewiczy śnieg. W zimową, niezapomnianą podróż.

W budzonej wieczorem przyrodzie szukamy miejsca na nocleg. Banda gorących głów ze zmarzniętymi dupskami. Ścigamy się z szybko zachodzącym słońcem. Na linii lasu odnajdujemy miejsce do przenocowania. Trzy namioty, chleb, kilka butelek wina i niewielkie ognisko to wszystko, czego nam teraz potrzeba.


Snobek siada koło mnie, podaje chleb i przykrywa nogi rozłożonym śpiworem. Jego dłonie pokrywają okrągłe, brązowe blizny. Ciało ma szczelnie okryte odzieżą i śpiworem ale wiem, że na klatce piersiowej i plecach ma wiele podobnych blizn.

Bardzo wiele.


Ojciec Snobka był wysoko postawionym urzędnikiem państwowym. Szanowanym obywatelem, wzorem do naśladowania. Siatki sąsiadkom pomagał na piętro wnosić a przy sąsiadach stawał na krótkie pogawędki. Ale jak do domu wracał, to w końcu mógł zrzucić z twarzy służbową maskę i poluzować krawat. Na małych wtedy, Snobkowych pleckach papierosy gasił. Jak tam miejsca zabrakło, to na drgającym od wciąganego szybko powietrza niewielkim, niedorosłym jeszcze torsie.

Bo za głośny był.

Bo zabawki rozrzucił.

Bo był pod ręką.

Bo był.


Latami nikt nie zauważał. Nikt. Ludzie nie widzą poprzez blask mercedesa, drogie zegarki i wystawne prywatki. Ludzie nie widzą poprzez szerokie uśmiechy, drogie perfumy i wakacje w Bułgarii. Ludzie nie chcą widzieć.


Matka Snobka podcięła sobie żyły w wannie.

Zostawiła kartkę.

“Przepraszam”.

Miał dziesięć lat.


Snobek śpiewa Bartosiewicz a zaraz potem śmieje się gromko z zabawnej historyjki Deuxième peau. Żuje powoli chleb, popija winem i na jego twarzy widzę zadowolenie.

Przed nami blask ognia, za nami ściana nocy i mroku.

On chwilami odwraca twarz w ten mrok, jakby szukał niebezpieczeństwa, wroga. Kładę mu dłoń na jego oszpeconej dłoni. Podskakuje.


Otwieram oczy.

“Listopad”...

Ciało pokrywa drobna, gęsia skórka i nagły chłodny pot przykleja do pleców bawełnianą bluzkę.


Zamykam oczy. Kładę dłoń na sercu.

“Snobek”.


-Ej, nie będę ci opowiadać o miłości. Gówno o niej wiem. Przychodzi, odchodzi, a w międzyczasie jakaś euforia, namiętność i dramat. Nie znam się. Nikt mnie miłości nie nauczył - mówi do mnie siadając jednocześnie na szerokiej jasnej kanapie. Patrzę, jak podciąga wyżej nogi. Mieszam miód w miętowej herbacie i wdycham słodki zapach wiatru przesiewanego przez sito lnianych zasłon. Spokój czuję. Ten spokój charakterystyczny dla słońcem rozgrzanych opustoszałych ulic. Dla natrętnego bzyczenia ospałych much, chłodnej lemoniady i arbuza mrożonego w zamrażarce.


-Ale o bólu mogę ci opowiedzieć. Z bólu to mogę kołczingową karierę rozpocząć.

Uśmiecham się i opadam ciężko na drewniane krzesło. Czuję lepki pot oblepiający plecy i czoło. Podciągam sukienkę powyżej kolan i kładę stopy na kanapę tuż koło jego ud. Jestem wdzięczna za zacieniony pokój i gorącą herbatę. Za kostki lodu, które on kładzie na moich łydkach i za zimne plasterki cytryn w brązowym cukrze.


-Ból boli bezradnością ciała i umysłu. Napinaniem mięśni do granic fizycznych możliwości i maską zastygłego grymasu. Ból boli wiszącymi w mroku nocy długimi tykającymi godzinami i skurczami natrętnych myśli o nadchodzącym końcu. Ból boli izolacją, bo nagle zdajesz sobie sprawę z samotności własnego położenia.

Snobek bierze do ust kostkę lodu i powoli chrupie ją prosto w ciszę zachodzącego słońca.


-Ból boli chęcią spisania cyrografu i desperackimi pertraktacjami z Bogiem. Nieznośnie ciąży nad sprawami zaniechanymi, biczuje miejscami, które chcę odwiedzić i ludźmi, których chcę poznać. Ból jest małą śmiercią, przypomnieniem o kruchości istnienia. Ból przewija życie klatka po klatce, wyciera gębę z całej gęstej pychy i ironicznie wytyka godziny, w których marnowałem talent i czas.


Delikatnie przesuwa moje nogi i wstaje. Podchodzi do okna, zamyka oczy i powoli wciąga w płuca ciepłe powietrze nadchodzącego zmroku. Na koszulce dostrzegam ciemniejsze mokre plamy a skronie pokryte są drobnymi, perlistymi kropelkami potu.


-I wiesz? Cały bezsens ogromnego znaczenia bólu polega na tym, że wszystkie obietnice i przysięgi wykrzyczane w kosmos są przeterminowane w kilkadziesiąt godzin po jego ustąpieniu. I choćby ktoś wrzeszczał, że zmieni swoje życie, bo mu ten ból oczy otworzył, I choćby ktoś szeptał, że wszystko odtąd będzie inaczej, bo zrozumiał sens swojego istnienia. No choćby... - uśmiecha się do mnie gorzko i przeciera czoło wierzchem dłoni.


-Za drzwiami ustąpienia czai się wróg - amnezja. A za nim rozleniwienie i rutyna. Trzech jeźdźców małej apokalipsy. Małego, osobistego, egzystencjonalnego dramatu.


Podchodzi do mnie, klęka i zamyka dłonie w swoich dłoniach. Patrzy mi w oczy. Powietrze drga rześkim powiewem wieczornego chłodu. Wodzi palcem po skórze nadgarstka i moje ciało w jednej sekundzie pokrywa gęsia skórka. Opiera głowę na moich kolanach i w ciasnym objęciu zamyka uda.


-Nie zapomnij obietnic danych sobie w bólu. Nie zapomnij życia, które stanęło nagle przed oczami. Życia, którego chciałaś w długich od tykania wskazówek zegara, samotnych nocach. Nie zapomnij o sobie.


Otwieram oczy.


Widzę, jak stoi w tym słońcu, z tym szczerym uśmiechem i głęboką zmarszczką między brwiami. Opuszcza lekko igłę adapteru na starą, winylową płytę i w domu rozbrzmiewa I'm singin' in the rain. On zaczyna tańczyć, a ja śmieję się z jego zabawnych ruchów.

Na ścianie schnie obraz olejny.

Jeszcze go nie skończył.

Nigdy go nie skończy.


Pewnego listopadowego dnia stanął w wysokim oknie pięknego domu z witrażami zamiast szyb. Tego domu, który Deuxième peau kochał tak bardzo.

Rozłożył szeroko ramiona i poleciał w ostatnią z podróży.


Zostawił kartkę.

“Przepraszam”.






Boska Ławaka Rezerwowych

53 wyświetlenia2 komentarz