Marchewka czy kijek, czyli o najlepszej wersji siebie



Wszystko to sens i cel

Teraz jesteś, teraz jestem

To wystarczy, by się najeść i nie przejeść

Odlatujemy, Mela Koteluk

Byłam zamknięta w swoim własnym świecie wewnętrznym. Pełnym kosmicznych natchnień, szarych dni, samotnych wypraw i połamanych skrzydeł. Nie oczekiwałam sympatii czy zrozumienia i całkiem wygodnie czułam się w swojej piegowatej, naznaczonej celulitem skórze. Nie przynależałam, nie bywałam, nie udzielałam się. Nie dlatego, że nie chciałam. Czasem to i chciałam, ale ciężko mi było współgrać z otoczeniem.

Niekiedy myślałam że jestem jedyna w swoim gatunku.

Nie z pychą myślałam, ale z zimnym, samotnym smutkiem.

Poznałam go latem. Tym takim, co to pachnie truskawkami wyleżanymi na słońcu, mieni rozgrzanym asfaltem ulic i brzęczy lotem pszczół.

Pierwsze “cześć”.

Spojrzenie, łyk piwa, śmiech nad ciepłym jak asfalt kuflem.

Ten śmiech uroczy taki, gromki.

Zwilżenie warg, odgarnięcie włosów, rozmowa. Nie tam byle jaka, jak z każdym, o nowej dziewczynie Tomka, kłopotach w pracy czy polityce. Zaskakująco szczera jakaś, inna calkiem od wszystkich pozostałych rozmów. Jakby nie rozum, a serce w ustach głos znalazło.

Kolejny łyk, powiew lekkiego wiatru, uśmiech, drgnięcie nozdrzy.

Spojrzenie. Ale takie spojrzenie, co to zamyka Cię w miejscu, w chwili, w oddechu pomiędzy rozszerzeniem źrenic a rozchyleniem ust.

Spojrzenie, w objęciu którego stajesz sie jedyną kobietą na świecie.

Jakby ktoś powiedział, że nie chemia rządzi światem, to bym prychła przełykanym, ciepłym piwem.

W tym głosie, spojrzeniu, ruchach, w rozmowie, tańczyłam jak ofiara scenicznej hipnozy, bezwolna, rozmiękła jak masło i z rozumem lokującym się gdzieś poniżej pępka.

Cholera...

W domu już, odkładając kartkę z jego numerem telefonu i przeglądając się w lustrze, biczowałam się chałupniczym wizjonerstwem.

A co, jeśli nie okażę się wystarczająco interesująca, elokwentna, inteligentna, czarująca, zmysłowa? Najzajebistsza i jedyna? Co, jeśli on odkryje, że jestem zwykła, wcale przebojowa, nudnie domowa i szara? Co, jesli miara jego oczu nie odmierzy mnie w jonach dodatnich i zachwyt opadnie w rozczarowanie?

Przestraszyłam się. Samolubnie przeraziłam, że już nigdy nie poczuję się jak jedyna kobieta na świecie. Sama z siebie nie potrafiłam. Musiałam sama z niego. Jak pasożyt.

W kolejnych tygodniach wirowałam na ostrzu własnych wygórowanych wymagań, napędzanych jego uśmiechem i hamowanych jego zmarszczonymi brwiami. Rozciągałam inteligencję, rozszerzałam wachlarz możliwości i uroku, byleby zaistnieć w tchnieniu pomiędzy powiększoną źrenicą a rozchyleniem ust.

Chciałam stać się lepszą wersją samej siebie. Stałam się gardzącym sobą cieniem.

A kiedy już rozpękłam i roztrzaskałam się na drobinki wstydu, pozbierałam to, co zostało. Razem z brakiem miłości własnej. Ona odpadła na końcu. Zawsze tam była- w kosmicznych natchnieniach i połamanych skrzydłach. W uśmiechu nad ciepłym piwem, pożądaniach i nieznośnej nie-lekkości bytu.

Pozbierałam ją i po raz pierwszy w życiu nie ogrzałam się w cudzym spojrzeniu.

Po raz pierwszy ogrzałam się w miłości do siebie. I tak mi zostało.

Nie chcę stawać sie lepsza przy kimś ani dla kogoś. Nie jestem połową jabłka ani dziwnym w kształcie puzlem, żeby się parować i dopasowywać. Nie mam zamiaru ulepszać wersji samej siebie, bo nie jestem zepsutym oprogramowaniem. Jestem żywą istotą, całkiem odtąd i całkiem do-tamtąd, z pokaźną szczyptą szarej zwykłości, garścią tandetnych cekinów i boskim dziedzictwem niezwykłości.

A! I nieskończoną miłością własną, która sprawia, że pewnie poruszam się w swoim własnym świecie wewnętrznym. Pełnym kosmicznych natchnień, zwykłych dni, wspólnych wypraw i połamanych skrzydeł. Nie oczekuję sympatii czy zrozumienia i całkiem wygodnie czuję się w swojej piegowatej, naznaczonej celulitem skórze. Nie przynależę, nie bywam, nie udzielam się. Nie dlatego, że nie chcę. Czasem to i chcę, ale dobrze mi w moim własnym otoczeniu. I z Tobą, tu, też mi dobrze.

Niekiedy myślę że jestem jedyna w swoim gatunku.

Nie z pychą myślę, ale z czułym spokojem.

Ni marchewka, ni kijek.

Jestem całym jabłkiem.

Ty też.




Marysia Pajestka


47 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Grill

Grill