Marchewka czy kijek, czyli o najlepszej wersji siebie



Siadam w pokoiku obok głównego pomieszczenia swojej pracy, wywijając się rumorowi. Zamykam drzwi. Przygarbiony, z lampką na stole, chudy, starszy pan. Zdejmuję skuwkę, wpatruję się w światło, po czym zerkam w dół, na niezaczernioną jeszcze stronicę. Dokonuję pierwszego odkrycia: praca ducha przynosi fizyczny ból, a fizyczne zmęczenie, odwrotnie, wywołuje lekkość ducha.

Dawno już nie ćwiczyłem ciała, dlatego zaraz wyzionę ducha.

Bywam z dziewczyną. Taką, z którą, kiedy się rozstajemy, staję się przezroczysty. A kiedy z nią jestem, jej uwaga, jej snop światła rzucony na mnie, daje mi siłę Tytana i noblowskie poczucie humoru. Moja marchewka. Mój świat, który poza nią, owszem, wiem, że istnieje, że gdzieś za oknami pojawia się i znika słońce, są jacyś ludzie, nawet życzę im dobrze. Choć szczerze mówiąc, mam to w dupie.

Często nawet zapominam o telefonie. Jest mi do niczego potrzebny. Nie sprawdzam wiadomości, mass mediów, mediów społecznościowych. Nie szukam nowej muzyki. Zawieszam pióro na haczyk, wraz z kluczami do piwnicy, do której ani razu nie zszedłem. Wszystko rdzewieje, a ja się unoszę. I to dziwne, że w tych dniach nie chcę innego świata. Nie chce mi się również być dla świata. W takich momentach jestem czarnym Lexusem z przyciemnianymi szybami przejeżdżającym środkiem zapyziałego miasteczka. I myślę, że cała ta włączona i rozgrzana machina miłości działała prawidłowo. Czymże ona jest, jeśli nie szczytem odrealnienia? Idealna fabryczka usytuowana w malowniczej dolinie, nad zielonym stawem...

Dwieście razy się rozstawaliśmy i właśnie wtedy wracały kolejno: pióro, telefon, media społecznościowe, ideowe bitki ze światem, rozum, myślenie. Brak światła. Jednym susem wskakiwałem w środek zdarzeń. Po chwilowej depresji wywołanej upadkiem, wracałem do codzienności. Opuszczałem pokoik z małą lampką i wchodziłem w blask reflektorów i fleszy. Co prawda wypatrując również jej, czy nie stoi z aparatem zawieszonym u szyi, ale zawsze umiała się zachować i wyśmienicie się chowała.

I tu też jestem najlepszą wersją siebie. Rozwijającym się, żyjącym wśród ludzi, łaknącym z nimi rozmów. Pragnącym nie tylko monologu toczonego ustami Erato, choć wiersze piszę wtedy seriami. Wraca telefon, przyjaciółki, a ja wracam jak syn marnotrawny z dalekiej podróży, ale one lubią mnie takim. Świat lubi moje zgnębienie i chwile depresji, bo wreszcie go zauważam.

Nieraz z przesadną wylewnością opowiadam o sobie i oczekuję reakcji. A przecież wiem, że macie swój świat, te wszystkie buciki i wstążki, i potrzebujecie reflektorów skierowanych na wasze usta. Przez wyrażanie swoich uczuć stajemy się najlepszą wersją siebie, nie okłamującą, żywą, i pobudzoną. Najlepsze co każde może zrobić dla siebie (poza zamówieniem sushie, lub przyrządzeniem befsztyku tatarskiego), znaleźć to miejsce i ten czas, w którym czuje się najlepsi. I dla kogo chcecie tacy być. U mnie, pomimo burz i pewnej dozy samotności, znalazłem najlepsze życie jakie mogłem.



Zaraz zgaszę lampkę. Posiedzę chwilę w ciemności uśmiechu. Odmłodzony staruch.




Eli Buczyński

45 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Grill

Grill