Marysia


-Miałyśmy po 10, 11 lat. Ania i ja. Dostałyśmy od dziadka identyczne białe koszule i identyczne granatowe spódniczki w białe grochy. Miało być odświętnie i szykownie.

-Jedziemy w gościnę! - zakrzyknął dziadek i pojechaliśmy transportem międzymiastowym do ośrodka pomocy dla dzieci umysłowo chorych i niedorozwiniętych. Do ośrodka, gdzie przebywała moja kuzynka.


Maria.


Magda spojrzała na mnie spod oka i popatrzyła w brudne szyby okna.

-Ośrodek pachniał moczem i lekami - ciągnęła wpatrzona w brudne kropki.

-Korytarze były długie i szare. Pełne szarych pielęgniarzy i szarych pacjentów. Nasze świąteczne ubrania nijak się miały do tego miejsca. Ale szłyśmy niewzruszenie w milczeniu. Ja - córka bękarta i ona, głuchoniema córka alkoholiczki. Obie małe jeszcze. Tak strasznie potrzebujące miłości. Szłyśmy za dziadkiem do końca długiego korytarza. Słychać było płacz, czasami szaleńczy śmiech. Widać było buzie, które - dałabyś głowę - nie nosiły śladu normalności. Ale wszystkie nosiły stygmaty szaleństwa.


Przerwała i podniosła się nagle z twarzą zastygłą od napięcia i wspomnień. Patrzyłam na jej zesztywniały kark i tak bardzo chciałam przytulić tą dziewczynkę, która uwięziona w ciele kobiety, opowiadała mi historię z dzieciństwa.


-Ona siedziała w pokoju. Bujała się w przód - w tył - w przód - w tył. Z dziwnym grymasem na twarzy, ni to uśmiechem ni to skrzywieniem. Malutka taka. Szczupła bardzo. Z krótkimi, ściętymi na chłopaka kasztanowymi włosami. Pięknymi, dużymi brązowymi oczami. W szorstkiej, wełnianej sukience i z podwiniętymi wysoko chudymi nogami. Pamiętam te białe majteczki wystające spod szarej sukienki. To był jedyny czysty element Marysi. Majtki. Ja pierdolę.


Zaciaga się papierosem i patrzy na mnie z pełnym bólu uśmiechem. Nie wiem co powiedzieć. Milczę, żeby nie przekląć chwili, żeby Marysia nie rozwiała się w zapomnienie.


-Dziadek na jej widok zawsze się rozpromieniał, jakby cały wszechświat w tych majtkach siedział -ciągnie dalej.

-Przytulał ją, całował. Dumny był z każdego Marysiniego westchnięcia i skrzywienia twarzy. Może przypominała mu Krysię, córkę jego a matkę Marysi, co to ją zabili po pijaku nad Wartą. Co to dała po pijaku życie Ani i Marysi. Co to zniknęła z planety jak niechciany kac kolejnego dnia. Co to nikt jej oprócz dziadka już nie pamięta.


Magda przerywa na chwilę. Zaciąga się papierosowym dymem jakby chciała odsunąć myśli, jakby chciała namalować tym dymem nową historię.


-Dziadek delikatnie wepchnął mnie i Ankę do pokoju, zaczął mówić, opowiadać, wyciągać z siatki jabłka i wafelki. Marysia niewzruszenie bujała się jak wskazówka zegara, odmierzając ruchami ciałka miarowe krzyki innych tykających dzieci.

-Podejdź Magduś, podejdź bliżej, toż to Maryś cię nie zeżre- wesoło zachęcał staruszek smarując wafle dżemem. Moje zesztywniałe nogi podeszły do dziewczynki. Moja zesztywniała buzia uśmiechnęła się do niej. Ciepło poczułam w okolicy mostka. Tkliwość taką jakąś nad delikatnością tego stworzonka. Dwie małe dziewczynki pod jednym Bożym niebem. Wyciągnęłam dłoń, żeby dotknąć wątłego ramienia, żeby pokazać, zasygnalizować: Jestem! Jestem tu! Spójrz na mnie!


Magda uśmiecha się, jakby przed oczami rozgrywał się teatr równie realny jak niebo nad nami, papieros, kawa obok i ja, niemy słuchacz.


-Marysia znienacka odwróciła głowę z prędkością o jaką bym jej nie podejrzewała. Z tą samą prędkością zdzielając mnie w twarz ostrymi paznokciami zwinnej dłoni. Ze zdziwionym bólem odskoczyłam od niej jak poparzona, wpadając na dziadka ruszającego na uspokojenie chorej wnusi - ciągnie, bawiąc się łańcuszkiem zaciśniętym na nadgarstku.

-Odsunął mnie zdecydowanym ruchem i otoczył małą mocnym ruchem ramion. Zamknął ją w ciszy tych ramion, w zapachu mydlanych płatków do prania i woni wody kolońskiej. Ukoił strach i Marysia ruszyła w miarowe tykanie. W uśmiech i oczy wywrócone gdzieś w sufit.

Patrzyłam na to nieme kino z krwią spływającą po policzku, z Anką trzymającą mnie za dłoń i w cichej, dziecięcej satysfakcji myślałam: "Dzięki Ci, Panie Boże, że nie tykam. Że jestem normalna. Że mi się oczy nie wywracają i nie biję po twarzy kogo popadnie. Dzięki Ci Boże, że mama nie pije, że jestem zdrowa, że zaraz stąd wyjdę. Dzięki Ci Boże, że nie jestem Marysią."


Magda wzdycha ciężko opadając na oparcie krzesła.


-Nasza rodzina była duża, dziadek miał wielu synów, a synowie wiele dzieci. Święta były huczne, imprezy rodzinne długie i głośne. Babcia była gospodarna, dziadek zaradny. Wzięli Marysię z ośrodka, adoptowali jak córkę i stała się częścią tego rozległego organizmu. Była nierozłączną składową dziadka. Gdziekolwiek się nie poruszał, zawsze gdzieś tam na nim wisiała na ręku, na ramieniu. Pachnąca dziadkiem. Zamknięta w szaleństwie, odcięta od drogi komunikacji, ale fizycznie bezpieczna. Stara dusza zamknięta w ruinach niepełnosprawnego domu. Na uroczystościach panował hałas. Siedziałyśmy z Anką niedaleko stołu, łypiąc od czasu do czasu na małą Marysię.

-AAaaaaaAAAAaaaaaAAAAAAAAaaaa!!! - wyła wykrzywiona bijąc się po twarzy ubraną w skarpetkę piąstką. Nie wiem, czy cokolwiek rozumiała. Nie wiem, czy nawet wiedziała, gdzie się znajduje. Wiem natomiast, że Marysia utwierdzała mnie w przekonaniu, że jestem szczęściarą. Że w jakiś pokręcony sposób Bóg pokazuje mi, że mam lepiej.


Przerywa na chwilę i uśmiecha się smutno.


-Nigdy już się do niej nie zbliżałam.


Magda ma ten gorzki wyraz twarzy. Ten, który towarzyszy łotrom.


-Marysia umarła następnego lata. Jak ją chowali, to dziadek mało do grobu nie wpadł, tak płakał. Przyciskał do serca Marysiną skarpetkę, a jego szloch niósł się wzdłuż cmentarnych alejek. Wrzucił do tego grobu zamiast kwiatków wafelki z dżemem, co to je mała lubiła najbardziej. Patrzyłam na te wafelki, jak wolno podążają w ziemię za dziewczynką i miałam ochotę rozdrapać sobie policzek z drugiej strony. Za to, że czułam się lepsza. Za małostkowość, za uczucie pychy. Za to, że nigdy jej potem nie przytuliłam. Tej małej dziewczynki spod tego samego Bożego nieba. Pamiętam, że Ania przysunęła się bliżej i wzięła mnie za rękę. Często brała mnie za rękę. Powiedziała niewyraźnie, w ten charakterystyczny dla głuchych sposób.

-Tejaz Ty jeeś oją siostą.


Magda patrzy na mnie i widzę łzy spływające po bladych policzkach.


-Ja wiem już, że nie jestem lepsza. W niczym. I że nie buduje się własnej wartości na nieszczęściu bliźniego. Że akceptując wymazuję osądy i pychę. Ale gdzieś głęboko wciąż drapie mnie osad tej modlitwy z ośrodka pachnącego moczem i lekami. I stoi w gardle bezwarunkowa miłość dziadka. Chcę umieć bezwarunkowo kochać. Chcę...


Magda podnosi się i bierze mnie za rękę. Często bierze mnie za rękę. Jej dłoń jest lekko wilgotna.


-Chodź. Wiem, gdzie sprzedają najlepsze wafelki w mieście. Takie z dżemem.



Boska Ławka Rezerwowych

87 wyświetlenia7 komentarz