Moje ulubione danie


Pamiętam to jak dziś. Dzień, w którym przyniosłem do domu swoją pierwszą wypożyczoną z biblioteki książkę kulinarną. Nie było to takie trudne, skoro w niej pracowałem, no, ale jednak.

Po południu usiedliśmy z żoną w kuchni przy kubkach kawy i wertowaliśmy kolorowe strony, zadrukowane na kredowym papierze. Śmiechom i niedowierzaniu nie było końca. Tak cudnie wyglądały pojawiające się na kartach potrawy. Popołudnie mijało, przechodząc w wieczór, najpierw wczesny o kolorze rzepaku, potem w miodowo-pomarańczowy, a na końcu w fiolet. Stałem w oknie.

- To fantastyczne – pomyślałem, patrząc na refleks słońca, który odbił się od dachu wieżowca i wpadł mi w oko. Wtedy to przerzuciłem wzrok na stół, na otwartą książkę i tak oto znalazłem przepis swojej ulubionej sałatki.


Ma ona to do siebie, że wygląda na śródziemnomorską, zresztą jej bazą jest rukola, we Włoszech tak powszechna, że uważana niemal za chwast. Trzeba dodać czerwoną cebulę skrojoną w prążki i koktajlowe pomidorki plus zielone awokado i czarne oliwki. Prawda, że barwna kompozycja? Bazą wszystkiego co dobre w życiu są kolory. Czerwień, rubin, różne odcienie zielonego, wreszcie czerń - wkradły się niepostrzeżenie w mój bardzo wschodni, przygaszony granicą z Białorusią świat. Urodziłem się na wschodzie, w dodatku o czwartej rano, szarość nierozgrzanego brzasku towarzyszy mi od czwartego grudnia 1978 roku. To długo. A i tak zostanie do końca. Dlatego kiedy zobaczyłem efekty swojej pracy w dużej okrągłej misie, byłem zafascynowany. Dołożyłem podpieczone soczyste kawałki piersi z kurczaka co dopełniło i dało efekt powiedziałbym – dopracowania.

Sos winegret nigdy nie stanowił przede mną zagadki, ani nie miał tajemnic. Ocet winny z solą i pieprzem, roztrzepany (uch, jak ja uwielbiam to słowo) widelcem, do tego oliwa, trochę musztardy i miodu mieszane najlepiej w słoiku, którym można potrząsnąć.

Kiedy skończyłem ją robić po raz pierwszy, zadzwonił dzwonek do drzwi.

- Dryń, dryń.

Przyjechał szwagier z rodziną. Rozbuli się, rozdzieli, jak to na wschodzie i przeszli do rozświetlonego pokoju. Porwałem listki obłędnie pachnącej bazylii, wrzuciłem na wierzch i wyszedłem z misą z kuchni.


Od tamtej pory zacząłem się liczyć i stałem się partnerem do rozmów nawet przy organizowaniu świąt.


Muszę powiedzieć, że również pieczenie kaczki wychodzi mi wyśmienicie :)





Eli Buczyński


38 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Grill

Grill