Moje ulubione danie


Ja gotować nie umiem. Po prostu. Ot, taki los. Wytłumaczę się może mówiąc, że przez mamę to mam.


Specjalnością mamy były zupy ziołowe, a spécialité de la maison była osławiona wśród moich znajomych Zupa na Pokrzywie.

Myślę, że to specyficzne domowe menu w dużym stopniu przyczyniło się do rozstania z moją pierwszą, niespełnioną miłością – długowłosym, dwumetrowym, szalenie interesującym ekscentrykiem o dźwięcznym imieniu Władysław.

Wchodził nonszalancko i z uroczym uśmiechem raczył moją matkę lekką konwersacją i komplementami, z czego tytułu odwdzięczała sią Pokrzywową. Nie śmiał nigdy odmówić. Z grzeczności. Dzielnie łykał, cicho wzdychał i wychodził chwiejnie, zzieleniały.

Pewnego dnia nie wrócił. Moje nastoletnie serce krwawiło nad niewiadomą, czy Władzio zszedł z tego świata, czy tylko trwale zatruł pokarmowo. Nie dowiedziałam się nigdy, a w młodym umyśle na stałe zapisała się informacja : przez żołądek, do rozstania.


A może matka z premedytacją konkurentów do ręki córki odpędzała?


Tak czy inaczej, gotować nie potrafię. Jeśli zapraszam Cię na kolację, improwizuję.

Improwizuję smaki i kolory żebyś nie domyślił się, że nie mam pojęcia, co u licha robię. Moje wariacje podaję na pstrokatych, ludowych talerzach, które wyśmienicie maskują wszelkie niedoskonałości moich potknięć. Świecami, lampkami i sztućcami po babci ukrywam strach, zażenowanie i wstyd.


Z nieśmiałością neofity odkręcam gaz i napełniam garnek zimną wodą. W tle cicho płyną dźwięki muzyki, a ja na chwilkę przymykam oczy i...


...nadchodzi Tchnienie Wielkiej Improwizacji.


O! Jak to, kiedy nad morzem płonęły ogniska, A Deuxième peau tańczył jak oszalały. Płomienie strzelały w rozgwieżdżony nieboskłon i ich języki były długie jak włoski makaron Al dente. Jego skóra w blasku ognia była mleczna jak Mascarpone, a drobny popiół wypalanych drewien przywodził na myśl czarny pieprz. Pikanterię odnajduję w czosnku, smak morza w krewetkach. Na szczyt spaghetti szczodrze sypię koper, bo jego nuty drgały w zapachu jego włosów.

Używam tylko drewnianych łyżek, żeby dźwięk metalu nie przegonił obrazu rozświetlonych oczu, uderzeń skórzanych bębnów, powiewu słonego od wody wiatru i ciepła nabrzmiałego od namiętności i śpiewu, który zbiera się gęstą parą wspomnień pod niskim sufitem:



Chodźcie śmiało, żadna z nas nie kłamie

Chętnie wam rozkoszy dzban podamy

Tu czekamy na was - na polanie

Chętnie nasze ciała w tan oddamy.


Ot, spaghetti idealne - wariacja jednego wieczoru na talerzu ciemnym jak Noc Kupały.


Z uznaniem przełykasz pierwszy kęs. Nieświadomy jesteś, że masz na talerzu orgię wspomnień.

Drżę, żebyś w kombinacji składników nie wyczuł smaku Deuxième peau.



Innym razem przenoszę się w góry. Szczyt dziś zdobyliśmy i na twarzach maluje sie zmordowanie, szczęście, wykończenie i satysfakcja. Pięcioro nas tam jest – pięciu szczęśliwych ludzi pod chłodnym, błękitnym niebem Tatr.

Moja kuchnia nie jest już zamknięta w kafelkach, oknach i ścianach – jest projektorem obrazów tej części mózgu, która odpowiedzialna jest za przyjaźń i miłość. Wyciągam patelnię i rozgrzewam na niej masło. Pięć jajek mieszam z białym jak śnieg mlekiem i ostrą jak lód solą kamienną. Wylewam ten miks na rozgrzaną tatrzańskim słońcem patelnię. Włosy Weroniki były czerwone jak soczyste pomidory koktajlowe, i tak pięknie kontrastowały z zielenią wełnianej czapki. Garść tych pomidorów wrzucam w płynny jeszcze omlet, kroję soczystą cebulę dymkę i dodaję garść grzybów, co wyglądają dokładnie jak te z polany, co ją codziennie mijaliśmy w drodze do bacówki. Snobek uwielbiał suszone pomidory. Szatkuję więc kilka, a że jego złote loki puszyły się dumnie w podmuchach wiatru, dorzucam jeszcze starkowany, żółty ser. Puszy się równie dumnie i przywodzi na myśl zapach chaty starszej góralki, co prawiła o chochołach wiążących koniom warkocze w ogonach. Prawiła, uśmiechała się i nuciła cichutko, podając nam mleko z miodem:



Śmichy, chichy, pląsy dąsy.

Hece draki, rozgardiaki.

Południce odmiennice.

Lel i Polel idą w tan.

Składam wysmażony od spodu omlet w połowę i czekam, aż ser wyzłoci się jak te włosy lśniące w górskim słońcu. Czekam chwilkę i ściągam patelnię z ognia. Błażej śmieje się prosto w wiatr i ten śmiech odbija się echem w czterech ścianach mojej niewielkiej, wypełnionej górami kuchni. Uwielbiam tą jego posmagana wiatrem, piegowatą twarz. Jest rumiana jak mleczny koktajl z borówek z kawałkami kokosa, który podaję do omleta.

Wypijasz go ze smakiem, a Twoje oczy zaczynają skrzyć sie jak górskie szczyty w słońcu.

Mam nadzieję, że miłość wypełnia Ci żołądek i serce.


Gdyby nie spécialité de la maison mamy i moje złamane, zakochane serce.

Gdyby nie wrzątek wspomnień.

Gdyby nie kilogram miłości, pół kilo pożądania, trzysta gram tęsknoty i tych dwieście bólu, wiedziałbyś, że nie umiem gotować.

Bez namiętności, która pączkuje we mnie jak świeże drożdże, nie chciałabym Cię wypełniać.

Nie pożądałabym dotyku, słów, zapachu i smaku. Nie pieściłabym podniebienia i nie spijałabym soków. Nie karmiłabym Cię improwizacją. Nie gotowałabym naszej historii.


Bo wiesz?


Jesteś moim ulubionym daniem.






Marysia Pajestka



43 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Grill

Grill