Monolog w lustro. Drugie z lustr. Student.


– Zechciałby mi Pan zdradzić kilka sekretów? – Młokos, student pierwszego, drugiego roku może. Sweter w paski, zarost rzadki, bokobrody. Bryluje z głupawym uśmiechem.

– Jak być poetą? Takim dosłownym, realnym, prawdziwym? – Przysiada się w nadziei, że chętnie w mej próżności, mądrościami go zasypię. Ot, poległ na starcie. Bo ja wyrachowany gnojek, aktorzyna życia. Próżność ma nieobliczalna. I... nie tania. Poza tym skąd niby mam wiedzieć, skąd te mądrości wygrzebać... Palca nie będę sobie przecież brudził.

Takie zdarzenia stały się gdzieś normą podczas poetyckich spotkań ze studentami. Zazwyczaj spotykaliśmy się w klubach, pubach czy kawiarniach. Nie lubię generować gwaru w bibliotekach. Ot taki głos szacunku, o który mało kto by mnie posądzał. Poza tym klubowe wieczorki poetyckie w miejscach bardziej imprezowych, przemieniały się często w ciekawsze wieczory, które trwały i trwały do białego rana. A, i to mnie stawiano, a nie ja komuś. Taka przyjemność, profit jakże inny niż zazwyczaj. Wśród studentów i studentek czułem młodość. Zwłaszcza wśród studentek.

– Autentyczny! – wybuchł nagle młodzieniec. – Tego słowa mi zabrakło – nie krył entuzjazmu.

– Uważasz, że jestem autentyczny? – zapytałem. – Możesz się rozczarować.

Po raz drugi poczułem się jak prawdziwy cham i to w tak krótkim czasie. Sam pamiętam ile radości i satysfakcji dawały mi niegdyś spotkania z poetami czy literatami. Chociażby pięciominutowa rozmowa stawała się relikwią w mej pielgrzymce ku... no właśnie. Ku czemu? Kurwa, łeb mi pęka. Wpatruję się w bar. Barman jakby przeczuwał, że oczy w niego wlepię, odwrócił się plecami do sali, półki przeciera zapominając, że i tak spojrzenia nasze w lustrach regałów się spotkają pomiędzy smukłymi kształtami. Czasem lustro i na moją korzyść działać potrafi.

– Tak mówią, tak odbieram – nie dawał za wygraną, choć już bez entuzjazmu. – Ma Pan i zwolenników i zagorzałych krytyków swej twórczości. Dla mnie to przejaw autentyczności. Chociaż poniekąd naiwny, to...

– Jak masz na imię? – przerwałem.

– Hm... Piotr – odpowiedział, nieco wybity z rytmu.

– A więc słuchaj Piotruś... – przypaliłem papierosa – ...zamówisz po szklance whisky i wówczas uzyskasz odpowiedź. Szczerą i autentyczną. Sądzisz, że wiesz o mnie co nieco, więc będziesz wiedział jakie zamówić. Myślałem, że odpuści...

– Zgoda! – rozpromienił się młody żak i uraczył mnie żelaznym uśmiechem zdobionym ortodontyczną biżuterią.

Po kilku minutach na stole pojawiło się zbawienie. Lek na całe to zło. Obaj pociągnęliśmy po łyku.

– Drogie? – zagadnąłem.

– Nie, najtańsze – odparł szczerze chłopak.

– Świetnie, widzę, że lekcje odrobiłeś dobrze – uśmiechnąłem się, co czyniłem nie często. – Nawet smaczne.

Młody parsknął śmiechem.

– Teraz zaczynam wątpić w Pańską autentyczność.

– Dlaczego? – zapytałem odstawiając dopitą do połowy szklankę na stół. – Zrozum, nie cena ani marka o smaku stanowi. Pijałem drogie trunki, po które bym nie sięgnął kolejny raz, nawet gdyby mnie skręcało z pragnienia. – Skłamałem ponownie, bo pewnie bym wypił. Ponownie, ponieważ te nie było smaczne. Było znośne. Na granicy akceptacji przełyku. Nie znoszę single malt'ów.

– No więc... – zaczął Piotr. – Jak to jest z tą poezją, byciem poetą?

– Nijak chłopcze, po prostu kurna nijak... – odparłem. – Nie wiem nawet jak to się zaczęło. Nie ciągnęło mnie do bycia poetą w Twoim wieku. Wolałem imprezy, dziewczyny, alkohol a czasem trawkę. Coś tam czasem napisałem słuchając muzyki na kacu. Do szuflady. Potem samo przyszło i cholera odejść nie chce.

– Jak to...? – zaciekawił się młody.

– Ano tak... Widzisz, znam wielu poetów. Grup oraz klubów poetyckich i momentami nie wiem czy rzygam przez alkohol czy przez ich gonitwę za czymś co jest szkaradną karykaturą poezji. Albo ważysz słowo, albo plujesz nim na lewo i prawo jak przekupa na straganie. Byle więcej niż inni, byle częściej. Dobra! Był i taki moment u mnie. W tych wszystkich klubikach poetyckich wstyd mnie palił, gdy z jednym utworem przychodziłem po tygodniu, a oni ze stosem kartek. Ale zrozumiałem po pierwszym, drugim pawiu z wierszy jak klonów myśli kogoś innego. To nie poezja do kurwy nędzy... To... – łyknąłem resztkę whisky.

– Rozumiem. Mam nadzieję – odparł mój słuchacz.

– Ja też mam nadzieję młody... Ja też... – zamyśliłem się.

– A ta autentyczność?

– Ona boli... Poezja może być o kwiatkach, motylkach, pieprzonych ptaszkach i ruczajach. Ale to nie moja. Moja boli. Tak, jestem autentyczny, co pewnie już zauważyłeś. Jaki człek, taka poezja. Brudna nieco, oszpecona, zepsuta.

– Nie, nie uważam...

– Milcz. Przecież sam wiem. Otóż, mój drogi, młody poeto. Poezja ma być Twoja. Aby o czymś pisać – przeżyj. Pij, tańcz, kochaj, bzykaj, cierp i płacz. Stocz się i wstań by upaść znowu. Doświadczaj życia. Nie pisz o tęsknocie nie tęskniąc. Nie pisz o miłości nie czując jej całą duszą. Nie pożyczaj emocji i uczuć z innych dzieł – one mają być Twoje. Nawet jeśli będą bolały, jeśli będą u innych wzbudzać mieszane odczucia. Wówczas będziesz autentyczny.

– Musze lecieć, jestem umówiony. – Chłopak wstał podając mi papierową serwetkę.

Cholera, po twarzy ściekała mi łza, jedna... druga. Znowu pękłem.

– Dziękuję, to było to czego oczekiwałem. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazję porozmawiać.

– Nie sądzę Piotrze. – odparłem.

– A ja jednak przy tym obstaję. Do zobaczenia.

Odszedł. Po chwili pojawił się kelner z butelką whisky.

– Ten młody chłopak, zamówił ją wcześniej i prosił bym Panu ją podał po jego odejściu.

Napełniłem szklankę, przypaliłem kolejnego papierosa. Spojrzałem na butelkę, następnie na swoje odbicie w lusterku stojącym na stole w moim własnym salonie, w moim mieszkaniu.

– Halo... halo... Piotr... – wybełkotałem dusząc się i krztusząc łzami, jednocześnie pukając w lusterko. – Jesteś tam? Jesteś tam jeszcze? Piotr?! Piotruś...








Antoine Xave

Pięciolustr


87 wyświetlenia4 komentarz