Monolog w lustro. Pierwsze z lustr. Sobota.

Aktualizacja: 3 dni temu


Sobota...

Piątek...

Nie, sobota jednak.

Sobota obudziła mnie o świcie, suchą szarością ust po nocy spisanej. Po omacku poszukałem butelki wody stojącej przy łóżku. Na próżno. Zadźwięczała tylko wywrócona flaszka po taniej Whisky. Na szczęście pusta.

Wstanę.

Wstałem, jeśli można tak powiedzieć o kimś, kto z ogromnym wysiłkiem usiadł na krawędzi wyra.

Pusta... dobrze. To bardzo dobrze. Dziś się nie napiję, jutro także. Za oknem... Za oknem gorzej niż ze mną. Choć to do cholery podlegać winno dyskusji. Srał pies... Dosłownie. W bramie po drugiej stronie ulicy. Nie dziwię mu się. Dupa by zmokła. Z lenistwa tak oczywistego, nie poczłapię do monopolowego po zapas weny w płynie. Pisać też dziś nie będę. No bo jak? Tak bez weny? Dla samego pisania szkoda mi słów. Cóż się stało z mą psychiką, że bez alkoholu nie czuję klimatu pisarstwa? Trzeźwych wierszy nikt nie zauważa, a te pomyje pełne brudu...

Więcej, więcej...

Namawiają.

Schlebia to poecie.

Kurwy na tapecie, wulgaryzmów artystyczny wydźwięk.

Życie... Łazienka była na końcu korytarza, mieszkanie niewielkie. Po trzydziestu minutach dotarłem na miejsce. Oddałem co trzeba, a nawet więcej niż zamierzałem. Poranny paw w ogrodzie marzeń. Obmyłem twarz, starając się w lustro nie spoglądać. Niestety to odruch z lepszych czasów.

Spojrzenie.

Obcy człowiek zmęczonym wzrokiem wpatrywał się we mnie bezszelestnie.

Bezczelnie.

Skąd w ludziach tyle pogardy do innych? Na toaletce, wszystko... Jak półtora roku wstecz. Trzy szczoteczki do zębów w kryształowym kubeczku. Na drzwiach damski szlafrok pachnący... pachnący kurzem tylko. Już nie kwiatami, nie śmiechem, nie spojrzeniem. Bez obecności legł w koszu z praniem, a za nim, kryształowy kubeczek na ścianie w przepięknym akcie przemiany kryształowym pyłem się stał. Mogłem w lustro celować. Zabić tego nędznika lub wygnać chociażby. Gdzieś w budynku smętne pianina dźwięki układają mi się w obraz pełen niepasujących do siebie fragmentów. To nawet nie puzzle. W nich ponoć wszystko pasuje, ponoć da się cierpliwością, pracą, uporem uzyskać obraz pełen harmonii. A może jednak, me życiowe okruchy to też taka układanka? Tylko jakiś skurwiel tak zręcznie wszystko pomieszał!...

Nie, nie spojrzę już w lustro, nie dziś.

Brak odwagi na rozmowę z sobą. Fotografie w zakurzonych ramkach, na kredensach, półkach, podłogach czarno-białymi mackami łapią mnie za kostki i nadgarstki. Wspomnieniami poją serce i głowę, na siłę w duszę pompują. Ile jeszcze? Ile wytrzyma nim pęknie? Jutro ponowne widzenie. Dziecka co jedynym owocem życia. Dawniej mówiłem, iż owocem miłości. Dziś ciężko tak sądzić na głos. Wstyd mieszany ze łzami tęsknoty rosnącej w gardle grubym polipem sumienia.

„Straciłeś wszystko Tato.”

Mówi tak często.

Za złe mając, że wciąż daję, mimo przegranej co bez werdyktu ciągnie się i powiększa. Cóż mam powiedzieć dziecku o wierze skoro widzi jej efekty, defekty, fekalia. Pamięć mi wraca. To drżeniem rąk się objawia. Przecież żelazna rezerwa za kredensem, rządkiem flaszek stoi. Napiję się zatem i dziś i jutro... Napiszę, wyrzucę z siebie gorycz istnienia. A potem, przeczyta to jeden z drugim. Eksperci od duszy ludzkiej, od słowa pisanego krytycy i stwierdzą... To co zwykle...




Antoine Xave

Pięciolustr


85 wyświetlenia5 komentarz