Monolog w lustro. Trzecie z lustr. Noc

Nie mogę spać... chociaż paradoksalnie sypiam wiele. Insomnia dopada mnie w najmniej sprzyjających warunkach. Nieodpowiednich w żaden sposób. Niewygodnych. Mógłbym z powodzeniem, niby na zawołanie, zapadać w sen niemalże o każdej porze dnia. W pracy, przypięty do korony drzewa z odpaloną piłą motorową. Podczas jazdy samochodem. W urzędzie, na komisariacie, w parku na ławce. Podczas rozmowy o interesach, bądź przy kawie, flirtując z ponętną kobietą. W nocy natomiast budzę się. Jakże często o tej samej godzinie. Mimo starań nie pozostaje mi nic innego jak tylko doczekać świtu. Prześladuje mnie cyfra trzy. Pieprzona trójka od lat pojawia się by szarpać umysł, który coraz bardziej w mym mniemaniu odbiega od norm. Przeplata się pomiędzy snem a jawą. Od lat. Trójca święta? Nie sądzę, dawno już porzuciłem religijne dogmaty. Numerologia, kobiety i zdarzenia. Wszystko się powtarza. Trzy, trzydzieści trzy, trzysta trzydzieści trzy. Na zegarze 3:33. Pobudka. Kurwa... Podobno najtrudniej jest spojrzeć w trzecie lustro. Z logicznego punktu widzenia, nie mija się to z prawdą. Niemniej pod uwagę wziąć trzeba, że tych luster jest pięć. Przynajmniej w moim przypadku pięć, o których wiem. Wracając do trudu... on stąd się właśnie bierze. Z centrum zdarzeń. Nagle patrzysz w przeszłość, w to co było, przeminęło a jesteś tu. Teraz. Oklepane „tu i teraz” okazuje się, że ma taki sam sens jak to przed i za. Mija. Bezpowrotnie mija z każdym ułamkiem sekundy, a ty masz ochotę je chwycić, zatrzymać, gonić. Jeśli gonisz to dokąd? Zawsze w tył. W umyśle generujesz pragnienia. Objawiają się myślą i w tej pieprzonej logice stają się przeszłością nim się spełnią. Nagle zdaję sobie sprawę, że już nie podążam. Moja droga jeśli istnieje to prowadzi donikąd, że nawet „teraz” przestaje mieć znaczenie, że czuję swe nieistnienie. Może dlatego nienawidzę luster. Strasznie zagmatwane to moje rozmyślanie. Męczące. Wbijam wzrok w sufit i mimo to wiem, że już nie zasnę. Pół nocy kopnięte w dupę. Zwlekam jeszcze kwadrans, no może pięć minut. Kwadrans to przesada, gdy po prostu chcesz się napić z perspektywą, że szybka lufa w gardło pozwoli dogonić Morfeusza popierdalającego na skuterze po amerykańskiej Highway. Cholera... co to w ogóle za myśl? Wstaję, idę, dochodzę. Mało się zmieniło. Minęły lata, a wciąż potrącam po drodze do kuchni puste butelki. Irytuje mnie to i zawstydza zarazem. Każdorazowo. Na stole też pusta stoi i bardzo dobrze. W środku leży zdechła ćma. Krótka modlitwa w myśli o jej spokój jest tak samo niezrozumiała i abstrakcyjna jak wizja z Morfeuszem. Będzie kawa. Coś mnie w duszy kuje. I w śródstopie, z którego wyciągam kawałek szkła. Pora na monolog. Rozglądam się po pomieszczeniu i nie widzę nigdzie lusterka. A chciałem sobie w oczy spojrzeć. W końcu się przyznać sam przed sobą. Na tym właśnie polega spojrzenie w trzecie lustro. To połowa drogi. Nie życia. Połowa drogi. Miejsce w którym, masz nazwać rzecz po imieniu by pójść dalej jeśli starczy ci sił i odwagi. Ale jest jeszcze los. Popieprzony, pokręcony, jakby ktoś w nim palce maczał. Brudne, obłudne, złośliwe. Nigdzie nie ma pierdolonego lustra. Nie będę z sobą rozmawiał przecież w kiblu. To mi uwłacza. Nie wiem czy diabeł czy bóg, który z nich zadrwił tej nocy. Jeden by je ukradł z chęcią, poszlakę zostawił. Napajałby się przedstawieniem jakie odgrywa człowiek. Drugi roztrzaskałby w drobny mak, aby nadzieję całkowicie odebrać. W którym więcej jest nienawiści do ludzi? Kto jest do cholery kim? Pokrzątałem się po kuchni. Zaparzyłem kawę. Biorąc pierwszy łyk, napotkałem na jej powierzchni spojrzenie. Przeniosłem je na ćmę w butelce. Miała taką ludzką „twarz”, abstrahując od tego czy owad ją posiada. Istota w butelce. Pustej, na dnie. Na gładkiej powierzchni flaszki znów dostrzegłem to samo spojrzenie. Wzrok atakował mnie z szyby, za którą przemijała noc. Gdziekolwiek nie spojrzałem, napotykałem oczy. Wpatrzone we mnie i oczekujące bym wykrztusił z siebie oświadczenie skierowane do samego siebie. To jakiś obłęd. Na podłodze krwawe ślady i coś mocniej w stopy kłuje, a może w duszę znowu. Wyciągam błyszczący kawałek szkła wbity w ciało, unoszę go w górę. Znalezione. Trzecie lustro dopełniło się lśniącymi okruchami. W każdym z nich ja. Alkoholik, fragment człowieka. Coś mocniej w stopy kłuje i w duszę. Może ona tam rezyduje. Tak naturalnie, bliżej piachu...




Antoine Xave




41 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie