Na wszystko jest czas.

Aktualizacja: cze 26


Ze mną jest Bóg i nie ma dyskusji- słyszę nieraz własne myśli. Gdy czytam Ewangelię nie próbując znaleźć w niej uzasadnienia dla przyjętych przeze mnie postaw, widzę, jak wiele mógłbym zmienić. Muszę się za to zabrać. Od dzisiaj. Są tam również słowa: "Na wszystko jest czas".

Piękne i głębokie słowa, ustawiające wszystko na swoim miejscu i we właściwym porządku. Ale nie są łatwe do zrozumienia. Łatwiej je przyjmować w wieku dojrzałym. Chciałoby się rzec: błogosławiona starość, gdy człowiek patrząc na swoją przeszłość widzi, ile zmarnował czasu na "gromadzenie" i jak tak naprawdę niewiele potrzebował. Wtedy przyjęcie tych słów wydaje się tak oczywiste. Czy należy jednak winić młodość, że tych słów nie rozumie? Odrzuca? Że są niezrozumiałą przeszkodą w spełnieniu siebie ? . Uważam, że ważne są fundamenty, ważna jest nauka - modlitwa - rozmowa dziecka z NIM przy matce i ojcu na kolanach, budząca czasem w dziecku odruch złości.

(Bo ja się fajnie bawię, a ty mi każesz te nudy mówić, zabierasz mi czas na zabawę).

Ważne zasady stawiane nastolatkowi.

"Owszem, możesz przenocować u koleżanki, ale chcę cię widzieć następnego dnia na mszy".

"Owszem możesz niedzielę spędzić na plaży, na wycieczce. Ale po mszy".

To też w młodych budzi bunt. NIM nie jest aż tak realny, ważny i istotny gdy jest się młodym, pełnym sił. "Gdy spełniają się marzenia". I to też nie jest powód do narzekania. To jest także prawo młodości i prawo do własnego wyrażania zdania. Ważne, aby miało w sobie te podwaliny, do których będzie mogło wrócić i dalej samemu na nich budować siebie z pomocą NIM. . "Na wszystko jest czas".

Moim zdaniem jest to zdanie, które NIM wypowiada do każdego osobiście, w sobie znanym i najlepszym dla człowieka czasie. Czasem już w dzieciństwie. Czasem nastolatek odczuje to mocno w swoim życiu. Czasem dopiero u schyłku życia. Tych słów nie da się nikomu narzucić, ani nikogo do takiego życia zmusić. Dlatego niepokoi mnie czasem rozmowa z zagorzałym katolikiem. Niepokoi mnie choroba agresji, która w niektórych wytwarza się pod wpływem religijności, pobożności, przestrzegania co do joty nauki Kościoła. Czasem ma się wrażenie, że ta nauka zwalnia ich z obowiązku myślenia. Zwalnia z własnego rozeznania dobra i zła. Zaciekłość z jaką powołują się na jakiś zapis narzucający. Złość, gdy ktoś ma jednak odmienne zdanie. Gdy ktoś, kto skonfrontował swoje życie, swoje postępowanie pod względem nauki Jezusa, z nauką kościoła, ze swoim własnym sumieniem i uznał, że nie może inaczej żyć i że gdzieś tam jednak z tą nauką kościoła musi się rozmijać i to rozmijanie wcale nie jest mu na rękę. A jednak słyszy od kogoś:

"Nie masz prawa nazywać się katolikiem."

I tu jest kolejne pytanie: kto komukolwiek daje prawo w ten sposób osądzić innego? Czasem natarczywość w narzuceniu własnego zdania sprawia, że zastanawiam się, dlaczego ta osoba w tym tkwi? Dlaczego jest taka wroga? Zacięta? Zamknięta na argumenty? Czy tej osobie jest dobrze w tym, że sama tak przestrzega nauk kościoła i pilnuje każdego kroku, gestu i myśli, żeby tylko nie zgrzeszyć. Czy nie jest w niej, w głębi, w podświadomości chęć "dokopania wiarą", żeby mieć świadomość, że ktoś inny musi się też tak męczyć? Czy ta osoba przyjęła naukę kościoła świadomie i dobrowolnie? Czy przepracowała to z własnym życiem? Z własnym sumieniem? . Człowiek świadomy, który potrafi na przekór swoim emocjom rozeznać nakazy, zakazy i wskazania, potrafi przyjąć naukę bez poczucia krzywdy. Rezygnuje, bo sam tego chce. Bo zrozumiał, przyjął i się z tym zgadza. Taki człowiek nie "walczy wiarą". Taki człowiek wierzy w moc i miłość NIM. Taki człowiek ma odwagę, że jego napomnienie choć odrzucone, znalazło grunt, a resztą zajmie się NIM. Nikt nie wie jaką drogą prowadzi naszego bliźniego, córkę, syna, męża, sąsiadkę. Mogą nas boleć ich wybory, ich rozmijanie z nauką, rozmijanie z naszymi oczekiwaniami. Trzeba im na to pozwolić, radzić, ale nie wymuszać. To jest bardzo trudne. Chcemy dla najbliższych dobra. Pragniemy ustrzec ich przed błędami i bólem, ale oni mają prawo do własnych upadków i błędów, mają prawo do własnego życia i przeżycia go według swoich wyborów (nawet złych). Jakże często trudno jest zdecydować co jest wystarczające, a co już nadmiarem i chciwością. W zależności od pozycji, środowiska i oczekiwań ważne jest, żeby w tym wszystkim był NIM. Gdy człowiek zawalczy o tą relację z NIM wtedy dopiero można dostrzec, co w życiu jest niezbędne, a co karmieniem własnego egoizmu i poklasku. Nikt z zewnątrz tego nie narzuci, nikt obiektywnie nie stwierdzi: "już ci wystarczy". Tylko NIM potrafi w moim sumieniu pokazać mi gdzie mi bliżej ... czy do Niego ... czy w przeciwnym kierunku.


Krzysztof.

42 wyświetlenia