Najpiękniejsza kobieta na świecie


Ujrzałam ją w knajpie. Siedziała na wprost okna, wieczorne słońce rozjaśniało jej twarz i rozkładało się na ramionach niby kołnierz z lisa. Wyglądała jak posąg ze złota, pomnik własnej urody. Lekko się uśmiechała, nie chichotała jednak histerycznie jak to mają w zwyczaju knajpiane trzpiotki. Nie śmiała się też zbyt szeroko, na głos jak to mam w zwyczaju, nie przymierzając, ja.


Ale najbardziej zachwycająca była ta nieobecność. Bo ona była i jakby jej nie było. A to niebycie zrazu budziło tęsknotę, niedosyt, brak. Chciałoby się, żeby była bardziej. Chciałoby się, żeby się stała, wróciła, obudziła. I to właśnie pragnienie stanowiło istotę jej piękna.  


Pozazdrościłam jej tej nieobecności, a właściwie umiejętności bycia nieobecną w tak niezwykły sposób. Zazdrość jednak jest uczuciem bez sensu. Musiałabym bowiem zazdrościć po kolei wszystkiego, każdego centymetra jej rozświetlonej twarzy, koloru oczu, rzęs, włosów. Musiałabym zazdrościć jej drobnych dłoni, jej przeźroczystego nadgarstka ozdobionego jedynie skromnym łańcuszkiem. Musiałabym zazdrościć roztargnienia jej palców, co bezwiednie przewracały pudełko papierosów. I tysiąca sprzeczności w tym niezdecydowaniu, odwiecznej rozterki Mony Lisy: uśmiechnąć się, czy nie? 


Od chwili, gdy ją ujrzałam, sama jakby znikłam. Nie mogąc oderwać wzroku od zjawiska, przestałam odpowiadać na pytania knajpianych kompanów. Zamilkłam, wyszłam z bieżących spraw, opuściłam czas. On zresztą też chyba z siebie zrezygnował i wraz z zachodzącym słońcem, co rzuciło światło na jej twarz - trwaliśmy w nieskończonym podziwie.  


Czym jest piękno? Czyż nie chwilą właśnie? Jeśli w tym momencie zgrały się razem: złoto promieni, mleczna delikatność skóry, nieopisana kruchość dłoni, niepewność uśmiechu z wywołującym niedosyt wrażeniem ulotności – czyż nie stał się właśnie cud arcydzieła?


Gdybym miała możliwość zatrzymania tej chwili! Gdybym mogła uchwycić ją, uwięzić na płótnie! Albo gdybym mogła choć zrobić zdjęcie! Ale nie ma takiego aparatu na świecie, który by nie zdarł z niej aury. Zresztą każdy gest, skreślenie choćby jednej kreski na serwetce to kolejna sekunda niepatrzenia na bóstwo. Jedyne więc, co mi przyszło do głowy to : wstać i podejść. Wstać, podejść i powiedzieć :


Wstać, podejść i powiedzieć.


Ale. Jak?! Co ludzie pomyślą?! Sparaliżowana niemocą patrzyłam więc tylko. Ale patrzyłam niedługo, bo obraz się zaciemniał, uciekał, wreszcie: znikł. Słońce spadło z jej ramion, czar prysł i ze złotej bogini wyrosła nagle ciemna postać ze szklanką piwa w dłoni. Ot, po prostu - zwykła dziewczyna. I nawet... czy ja wiem...?


Nie, nie! Wróć! Było inaczej! Było zupełnie inaczej! Nie bacząc na innych, nie martwiąc się : co pomyślą, po prostu wstałam, podeszłam i powiedziałam :


- Jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie.


Najpiękniejsza kobieta na świecie otworzyła usta, zamknęła je, znów otworzyła. Aż wreszcie wstała, objęła mnie, a potem chwyciła za ramiona i nieco od siebie odsunęła. Odwróciła twarzą do okna i spojrzała na mnie tak samo jak ja na nią przed chwilą. I z tym swoim nieopisanym uśmiechem odparła:


- Ty też



Noemi Susenbach

nemezis.me

GaleriaObrazówiSłów




45 wyświetlenia2 komentarz