Nie piję

Aktualizacja: 5 dni temu


Duży kieliszek na wino raduje formą Eleganckie, cieniutkie szkło na wysokiej nóżce Nalewam do niego to, co nalać powinnam Wodę


Alkoholu nie piję


Umysł wyświetla obrazy z dawnych czasów Zanurzam je w kieliszku na wysokiej nóżce A one się oczyszczają Z grzechów




Historia pierwsza. Mam jedenaście lat. Jest trzecia nad ranem. Budzi mnie głośna rozmowa. Jakiś bezsensowny bełkot. Mamy nie ma w domu. Jest na nocce w pracy. W kuchni siedzi ojciec z nim. Piją. Nie pierwszą już flaszkę. Muszę wstać do ubikacji, więc staram się przemknąć przez kuchnię niepostrzeżenie. Ale się mi to, niestety, nie udaje. On patrzy na mnie jak zawsze. Ten wzrok oznacza tajemnicę, o której wiemy tylko ja i on. Od kilku lat unikam go chodząc we własnym domu kątami. We własnym domu może być niebezpiecznie. Przechodząc przez kuchnię dostaję komentarze. Że jak już wstałam, to mogę ich obsłużyć. Zrobić im coś do jedzenia i herbatę. A oni mi za to dadzą napiwek. Mówię, że to nie jest wcale śmieszne, idę do ubikacji i wracam do łóżka. Niech zapomną, że będę ich kelnerką. Jestem zła. I jest mi przykro. Nie mogę spać z powodu tego głośnego bełkotu. A rano trzeba będzie wstać do szkoły.


Historia druga. Mam dwadzieścia osiem lat. Od trzech lat jestem mężatką. Wybieram się właśnie na spotkanie ze znajomymi. Mąż mieszka daleko, bo jest na stałej delegacji. A ja odreagowuję stres związany z budową domu. Najpierw będzie bar, a potem może mała impreza. Ale nie potrafię wyjść z domu na trzeźwo. Więc piję. W przerwie pomiędzy ubieraniem się, a próbą makijażu, pochłaniam na szybko trzy piwa. Wychodzę dopiero wtedy, kiedy dobrze już szumi mi w głowie. Gdy docieram do znajomych pytają ile już zdążyłam wypić. Widzą, że nie zjawiłam się trzeźwa. Śmieję się i idę do baru. W ciągu całego wieczoru wypijam siedem piw. Wracam do domu trzymając się ścian kamienic. Ledwo trafiam kluczykiem do zamka. Padam na łóżko. Chcę tylko pić i nigdy nie trzeźwieć. Bo nienawidzę życia. Piję, bo jestem głęboko nieszczęśliwa. Ale jeszcze nie zdaję sobie z tego sprawy.


Historia trzecia. Mam trzydzieści lat. Dostaję receptę na psychotropy. Plus tabletki uspokająjace. Podobno bardzo łagodne, ale pić przy nich nie wolno. Więc muszę wybierać. Odstawiam alkohol, choć potrafi mnie dobrze rozluźnić. Rozluźniona zapominam o kłopotach, z których nie mogę wybrnąć i o stanach lękowych. Jest mi dobrze. Ale nie mogę pić, bo zdecydowałam się na leczenie. Na czyszczenie traum i lęków. Wiem, że będzie ciężko. Ale to jedyna droga.


Historia czwarta. Mam trzydzieści sześć lat. Od czterech lat mieszkam już w Anglii. Jest wieczór sylwestrowy. Niedawno rozstałam się z chłopakiem po czterech latach związku. I zdążyłam się już od niego wyprowadzić. Imprezuję ze znajomymi. Piję nieco za dużo. Kiedy tak piję za dużo uwielbiam wszystkich. Cieszę się, że ich mam i możemy się razem bawić. Ale oni chyba rozumieją mnie inaczej. To nie towarzystwo w Polsce, z którym możesz pić, ale które nic o tobie nie pomyśli. Do domu odprowadza mnie znajomy. Na drugi dzień na grupie szaleją wiadomości. Wszyscy pytają jak mi z nim w nocy było. Gratulują mi dobrej zabawy. Ale o co im w ogóle chodzi? Przecież on poszedł do domu. Nikt mi nie wierzy. Dostaję urazu i ograniczam do minimum alkohol. I znajomych też. Co za dziwne towarzystwo.


Historia piąta. Mam trzydzieści siedem lat. Przeprowadzam się na północ Anglii. Poznaję jego. Jest spokojny, ale miły i stanowczy. Wysportowany. Mięśnie ma ze stali. I bardzo silny charakter. Nigdy jeszcze nie zdażyło mi się w życiu szanować mężczyzny. Mężczyzn mogłam kochać, lubić, szaleć za nimi i ich pożądać. Ale nigdy jeszcze żadnego nie szanowałam. Nie szanowałam ojca i polskiego wujka. Nie szanowałam byłego męża. Ani byłego chłopaka. Tego jednego szanuję. Przed tym jednym czuję respekt. Szacunek dostaję też od niego. To dziwny rodzaj traktowania, którym nikt mnie nigdy jeszcze nie obdarzył. Gdy go obserwuję na codzień nie mogę wyjść z podziwu. Wiem jedno. Cholera jasna, chcę być taka jak on! Chcę być tak spokojna, zrównoważona, cierpliwa, skoncentrowana. Chcę być tak stabilna i poukładana. Chę mieć taką samą wewnętrzną dyscyplinę. Pytam co on robi, aby to osiągnąć? Kiedy się dowiaduję, dziwię się bardzo, ale robię pierwszy krok. Postanawiam całkowicie rzucić alkohol. Całkowicie. Nie tylko to, co w butelce, ale wszystkie ciasta z alkoholem, cukierki i każdy alkoholowy dodatek. Podążam jego drogą, zastanawiając się czy może być i dla mnie. Nie wiem jeszcze, że wkrótce boleśnie się nim rozczaruję. Będzie boleć tak, jak sprzed czasów terapii. Nie wiem jeszcze, że przejdę tę próbę wybaczając wszystkim.




Duży kieliszek na wino raduje formą Eleganckie, cieniutkie szkło na wysokiej nóżce Nalewam do niego to, co nalać powinnam Wodę


Alkoholu nie piję


Alkohol nie jest zły ani dobry W małych ilościach jest lekarstwem A w dużych trucizną To czyny ludzi nadają znaczenie


Czuję spokój Ale postanawiam pozostać na wybranej przez siebie drodze Alkoholu nie piję




Bożena Suchanek

102 wyświetlenia1 komentarz