Nowa normalność.

Aktualizacja: cze 26


Eligiusz Buczyński

Stoi i patrzy na mnie wyłupiastymi oczami jak każda niezbyt urodziwa z ulicy. Nic jej nie jest. Po prostu stoi nieużywana od przeszło dwóch miesięcy i najpierw otworzyła oczy. Później, w przeciągu jednej nocy na wierzch wyszły niedomalowane usta i już miała zamiar je rozdziawiać, kiedy przyszedłem do niej, w samą - jak to się mówi - porę.


Będę jej opowiadał o nowej rzeczywistości. Zostanie zauważona i tym ją udobrucham.

***


Kiedy TO się zaczęło, koleżanka szykowała swój wieczór autorski z prawdziwego zdarzenia. Było zarezerwowane miejsce, Facebook huczał, znajomi zostali poinformowani, a dwa świeżutkie tomiki, jeden z wierszami, drugi z aforyzmami, czekały na nabywców. Koleżanka czekała na ten dzień jakieś, ja wiem, 40 lat. Okazało się, że nie tym razem. Była pierwszą, którą pochłonęła „nowa normalność”. Spotkanie otóż, odwołano.


A myśmy oglądali i słuchali doniesień ze świata – światem były Chiny. I patrzyliśmy na powitania łokciem, stopą i śmialiśmy się, że u nas tak nie będzie. Trzy dni później ryglowaliśmy drzwi swoich firm, sami przechodząc na „postojowe”, tudzież pracę zdalną, w najlepszym razie wchodziliśmy do pracy bocznym albo tylnym wejściem.


W ostatniej chwili wyjechałem na trening. Liczyłem, że jeszcze będzie otwarte. Zaparkowałem wóz, sięgnąłem po torbę leżącą na tylnym siedzeniu i podszedłem do drzwi. Niestety, powąchałem tylko czytnik do kart. Zerknąłem w górę, gdzie za przeszklonymi ścianami zwykle odznaczały się sylwetki dziewczyn szlifujących na orbitrekach jędrność swoich ud i pośladków. Tym razem szyby, a właściwie zaszybie, świeciły pustkami.


Wróciłem do domu, rozpakowałem torbę, włączyłem telewizor i walnąłem się na dywan. Nie dla sportu.


Brałem zwolnienia, urlopy, pracę zdalną.

No i siedziałem w domu.

Dzwoniłem, albo pisałem:

– I jak się czujesz w nowej rzeczywistości?

Początkowo wszyscy byli zachwyceni. Wreszcie znalazł się czas na ogarnięcie domu, przetarcie dawno nie odwiedzanych kątów, przejrzenie starych zdjęć. Niektórzy nawet narzekali, że pracy mają więcej, tyle, że w nowych warunkach.


Najpierw zauważyłem, że przestałem się ruszać.

Później, że zarówno praca, jak i podniety znajdują się w telefonie. Oto największym przyjacielem człowieka stał się telefon. To w nim zawierałem znajomości z nowymi dwuwymiarowymi kolegami i to wystarczało. Bawiłem się na lajfach, czytałem, grałem, dowiadywałem się o rozprzestrzenianiu konorawinusa i o kolejnych cyrkach związanych z wyborami.

I znów dzwoniłem.

I okazało się, że od tygodni nigdzie nie wyszedłem. Pojawiały się informacje o depresji, o bitych dzieciach, o awanturach domowych, które siłą rzeczy nie miały ujścia, więc nie było wyjścia. Ludzie zakisili się w swoim towarzystwie.


W końcu wyszedłem w starych bojówkach, butach, wyszmelcowanej bluzie i zobaczyłem kwitnące drzewa, czarną ziemię, przebijające przez nią łodygi zawilców. Zobaczyłem, że ktoś biegnie w dresie i sportowych butach. Patrzyłem jak mnie mija, zgasiłem papierosa i ruszyłem za nim. W pościg za nim, za sobą „normalnym”, za przyzwyczajeniami, za tym, co nie tak dawno było dostępne bez trudu. Przebiegłem wiele kilometrów – dwa, albo trzy – po czym usiadłem na dupie i znów wyjąłem papierosa. Byłem spocony, ale szczęśliwy. Wdychałem dym i słoneczne promienie. Przyszło mi do głowy, że zmiany są nieuchronne. Że bez wprowadzenia ich w swoim jadłospisie, czy życiospisie – one i tak nastąpią i nie pomoże marnotrawienie cennej energii na bunt. Wymyśliłem, że to był mój ostatni dzwonek. I ostatni papieros.


Życie powoli się odmraża. Liczę, że i te zapasy w zamrażarkach długo nie poleżą, albo że nie trzeba będzie dokładać. Zwłaszcza piętrzących się stosów mięcha. „Mokre targi” w Azji - kto o nich słyszał przed pandemią? Kto się przejmował?


Ale coś w życiu się stało, przestawiło się o kilka stopni w stronę ledowych ekranów. Na typowych zdjęciach z życia urzędników, szaraków i tych z jeszcze bielszym odcieniem szarości, jak zwykle nie brakuje psów i kotów, ale modne stały się teraz żywe ptaszki. Modne stały się pąki, i modna stała się natura.


Biebrzański Park Narodowy kiedy płonął też był modny.


- Widzisz?- Tłumaczę to stojącej od przeszło dwóch miesięcy z wyłupiastymi oczami torbie siłownianej. Podziwiamy to co jest na wyciągnięcie ręki. Póki co.


Oto nowa rewolucja: Wyjść na ulicę. Tylko nie po to, żeby skandować, manifestować, krzyczeć, a po to, żeby objąć drzewo, podziękować trawie i odetchnąć, po zduszeniu wszystkiego w malutkim ekranie.



Eligiusz Buczyński

60 wyświetlenia