Pandemiczny blues

Aktualizacja: lut 1

W ciszy siedzę.


Wstaję rano całkiem, i siedzę w ciszy.


Nie włączam muzyki, nie nastawiam bojlera na wyższą temperaturę. Szum gazu wtargnąłby jak oprych w tą ciszę, a tego nie chcę. Nie potrzebuję. Nie nastawiam wody na pierwszą kawę, nie kroję czerstwego już chleba, żeby przygotować grzanki.


Siedzę po prostu i patrzę w zaokno. Zaokno pełne jest wirujących drobinek deszczu, który miałko przykleja się do zmarzniętych szyb kamiennego domu. Dwa stare dęby jak zalotne panny obejmują się czule nagimi ramionami konarów, a dumne, wysoko uniesione korony wirują szaleńczo, uderzane srogim wiatrem północy.

Małe, szare wiewiórki skaczą zwinnie po smukłych taliach panien i znikają za otulonym bluszczem murem otaczającym posiadłość. Ptak nakręcacz odnajduje mnie w mojej ciszy, zapraszając delikatnym tryt-tryt-ćwierkaniem do zimowej zabawy w zaoknym świecie. Wiatr przyłącza się do zaproszenia, wciskając się skomleniem w nieszczelne szpary okiennic.


Otulam się ciaśniej ciepłym, miękkim kocem, podciągam zimne stopy.

Czekam.


To ten moment, pierwsze tchnienie budzącego się słońca. Jakby wszystko zastygło w oczekiwaniu, jakby Anioły śpiewały na powitanie, panny chyliły korony, a północny wiatr wstrzymywał oddech.

W tym porannym przejściu jest magia. Celtycka pieśń. Zastygam w tych narodzinach i boleśnie odczuwam świeżość nowego początku. To nie jakiś tam wtorek czy sobota. To całe preludium istnienia!

Światło pieści panny, ogrzewa oddech północnego łotra i obejmuje w posiadanie zziębnięte okno i blade ściany. Czule głaszcze moje chłodne policzki, bawiąc się frywolnie z drobinkami kurzu. Migoczą radośnie i wirują w długich, tęczowych promieniach.

To nie jakieś tam drobinki skóry i roztocza. To diamenty!


Doczekałam się.

Przez kilka sekund na świecie panuje cisza. To tylko kilka sekund, ale przysięgam, że czas staje w miejscu. Czeka, aż światło przewróci klepsydrę, aż życie zacznie przeciekać przez wąski kanał rodny kolejnego dnia.

1... 2... 3...

Światło wybucha w mieszkaniu, uśmiecha się do mnie z taką wiarą jakąś, i z siłą wodospadu roztrzaskuje w ostatnich plamach wczorajszego mroku.

I już. Tak po prostu. Jak gdyby nigdy nic nie było. Jak gdybym nigdy nie odkryła, że czas staje, świat się zatrzymuje, magia się dzieje.

I że ktoś to przede mną ukrywał ostatnie kilka dekad.


Rusza kolejny ciężki poród, klepsydra przewrócona.

Kolejny lockdown-dzień, Anno Domini 2021 czas - start!

W magię ciszy wdziera się ściana dźwiękowa odrodzonego dnia. Pieski na poranne spacerki, pierwsi biegacze, dostawcze samochody i piętrowe autobusy-widma z nielicznymi, zamaskowanymi pasażerami. Efekty specjalne długometrażu.

Podkręcam ogrzewanie, wstawiam wodę na kawę, tosty, znowu mleka zabrakło. Dzieciaki kłócą się od samego rana, pranie piętrzy się w lnianym koszu. Dżem z tostów ląduje na okładce książki, dzwonią ze szkoły, żeby sprawdzić postępy, czarna farba wylewa się na świeżą akwarelę. Ktoś usuwa projekt, nad którym pracowałam ostatnie parę dni. Niewinne oczęta patrzą na mnie w udawanym poczuciu niesprawiedliwości, kiedy przez zaciśnięte zęby dochodzę i bawię się w Ms Holmes.

Zachłystuję się tym natłokiem chaosu.


Spokój, kurwa. Calm down i zen w pełen wymiar, już!

Wyrzucam akwarelę, ryję w algebrze, przechodzimy przez Tudorów, biznes plany i stadium uzależnień. Na tapetę wpada Eye of the storm Lovetta. Opracowujemy streszczenia, stadia emocjonalne i szkice. Moje emocje pływają w drugiej kawie i w odzyskiwaniu plików. Podlewam kwiaty, wrzucam do wrzątku makaron, do dzbanka z wodą plastry pomarańczy a siebie pod prysznic.

W domu unoszą się krzyki, śmiech i dźwięki Decks Dark od Radiohead. Śpiewam cichutko

Then in your life, there comes the darkness There's a spacecraft blocking out the sky And there's nowhere to hide You run to the back and you cover your ears But it's the loudest sound you've ever heard

i wkładam do piekarnika kulki drożdżowego ciasta z kruszonką. Maile czekają na przeczytanie, wiadomości na odzew a lodówka na zakupy. Stojąc w kolejce do sklepu oddycham zaniżoną spaliną miasta i marzy mi się wieś. Owce, krowy. Potoki, obory. Takie tam.


Przeczesuję poplątane od dziecięcych krzyków myśli.


Bolognese zostawia ślady na koszulkach, opuszczone laptopy zieją czernią ekranów. Padamy na kanapę, na poduchy, na koce i oglądamy wrzuty z Netflix. Ktoś się śmieje, ktoś wstaje po popcorn. Ktoś włącza Opowieści z Narnii. Kruszonka bułeczek na pierwszym planie. Gołe paluszki stóp też.


Przez przymknięte żaluzje wciska się promień słońca i ostrym cesarskim cięciem odświeża moje zakrzepłe dniem, poranne wspomnienie tajemnicy. Uśmiecham się do retrospekcji tej magicznej wiary jakiejś, która wciąż krąży w moich mniej magicznych żyłach.

Wstaję i rozsuwam delikatnie płatki rolet. Spoglądam na umarłą ulicę, na szary zombieland. Promień ślizga się wolno po wybrukowanej Matce Ziemi i migocząc w tej pustce przepełnia mnie spokojem. Tym takim jakimś.

Cholera. Potrzebuję więcej magii.


Mała dłoń wsuwa się w moją.

-Kocham cię.

-Ja ciebie też.


Przez kanał rodny naszego dnia przeciska się ciepło dotyków, plam, krzyków i miłości. Magia się przeciska.

Nie nauczyłam się bardziej doceniać i nie ścięła mnie z nóg świadomość, jakim to jestem szkodliwym środowiskowo kornikiem.

Nie oszczędziłam mnóstwa pieniędzy i nie dokonałam życiowych napraw i przewrotów. Nie wiem, jak robią to inni, ale szalenie podziwiam i z chęcią wciągnę się na korepetycje.

Odkryłam tylko, że dobrze mi w wodach płodowych naszego chaotycznego, ograniczonego w działania życia. I że nad ranem, kiedy świat staje w miejscu na trzy magiczne sekundy, światło z uśmiechem wlewa we mnie magię.

Odnalazłam moje własne przejście do Narnii.


Chodź.

Usiądź nad ranem, poczekaj, wstrzymaj oddech.

Oboje uniesiemy się w komórkach naczyń światłonośnych trzech sekund magii.

To teraz już wiesz.





Boska Ławka Rezerwowych

68 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Listopad

Marysia