Pani Józefowa


Z Panią Józefową rozmawiam czasami o tym i tamtym, ale raczej o chorobach, świętej pamięci mężu Józefie i jej ukochanym, wielkim wodzu herbu kot.


– Te pandemije to mają tam na świecie zmutowane jakieś, wielorakie. Szczepy różne mają, tak mówią w telewizji. A telewizja nie kłami! - zdaje mi relację globalną pani Józefowa, szczerze przekonana, że ja, zrezygnowawszy w przeszłości z pakietu programów, zrezygnowałam z myślenia.


– Aaa, to w Polsce nie jest zmutowana, ta pandemija? - pytam z niejakim zaciekawieniem nad niebanalną mimiką i żywą gestykulacją mojej szanownej rozmówczyni.


– Nie! - prostuje szyję jak gołąb i zwęża malutkie od bezliku zmarszczek oczy. – W Polsce pandemija czysta! Jedna korona! To u was tam, w Angliji, dzika taka szaleje, odmiana angilejska. Ale ja to myślę, że z Indii to macie, bo tam tych Indianów tyle, mutują dziadostwo. Uważaj, dziecinko. Z domu nie wychodź. Apokalipsyjaaaa!!!


Pani Józefowa zakrzykuje trzęsącym się głosikiem, robi pauzę, nieruchomieje z rękoma uniesionymi ku niebu i wpatruje się w punkt za moimi plecami. Patrzę na nią, znowu na nią, i nerwowo oglądam się za siebie. Cholera, oglądałam przecież Paranormal Activity. Klimat podobny.


Odchrząkuję, mieszam herbatę w mniej porcelanowym kubku.


– Aaa, to w Polsce polska ta corona, czystej krwi biała, niczym nie zmącona? - dopytuję się Pani Józefowej, co powróciwszy do siebie energicznie miesza ziółka na jelita w porcelanowym kubeczku.


– Tak! - rzuca patrząc z politowaniem na mnie, kompletnego ignoranta. - Ale to wszystko, Jezusie Nazareński, przez Żydów, pierun ich mać! Oni to Łuchan sponsorowali i masterplany obmyślili. Żeby nas wszystkich po-u-bi-jać – głos konfidencjonalnie przechodzi w szept, głowa strzela bliżej kamery i starsza Pani jawi się w tych siwych włosach i lawendowych chustkach jako wieszczka. Że nie powiem, piąty jeździec apokalipsy.


Patrzę oniemiała, jak aureola tych włosów siwych rozjaśnia się w przybliżeniu, jak starsza Pani przymyka oczy i teatralnym gestem chwyta się za wątłą pierś. No Oscar!


-Klimaty się łocieplajo! Ziemia zwalnia łobroty! Wulkany wybuchajo! Pandemije ebolujo! Anglije zamykajo! Apokalipsyja!!!!


Pani Józefowa znów zakrzykuje, i dubluje scenariusz z hipnotycznym wpatrywaniem się w punkt za moimi plecami. No kurwa. Patrzę na nią, znowu patrzę. Myślę : „Się nie oglądaj, cholera, nie oglądaj się za siebie!” No oglądam się. Jasne, że tak i jasne, że tam nic. Ale wiesz, siedzę tu sama, zmrok zapada, ona tam jak medium z Conjuring... No gram w filmie grozy! Grozą zieje rasistowskie upoglądowienie wizjonerki Józefowej.


-Eee, ja też w zasadzie Żyd – uśmiecham się, tym uśmiechem ścierając ślady podnerwowania. Rolą, zapewne.


-Dziecko, Yahweh Cię słyszy, nie bluźnij! - pieje Pani Józefowa i zanim zastygnie w kolejnym ujęciu sceny opętania, rozłączam się.


Rozłączam, rozglądam. Ciemno, straszno. „Ale we mnie empatija!” prycham pod nosem, biorę płaszcz, kluczyki od samochodu i rozbijam scenę nagłą dezercją z planu. Po ptasie mleczko i kiszonki, dezercją.


W drodze do polskiego sklepu Thelonious Monk i Bill Evans całkowicie wymiatają resztki rozmowy, tańczą we krwi i już nie gram w Paranormal Activity, już obsadzili mnie w obyczajowym o pewnej kobiecie, co na uspokojenie jedzie dwie dzielnice dalej po dawkę neurodiety. Cięcie.


Już prawie przed sklepem, drogę zajeżdża mi łysy w bi-em-dablju i pakuje się na szeroko otwarte miejsce parkingowe. Jedyne pod tym sklepem.


-Gnoju ty! - odważnie krzyczę w zamkniętym samochodzie, co nie uchodzi niestety jego uwagi. Łysy odprowadza mnie zwężonym spojrzeniem i prężnie wyprostowanym środkowym palcem prawej dłoni. Rodak, znaczy. Zrozumiał.


Parkuję przecznicę dalej, wpadam do sklepu, wypełniam koszyk psychożarciem i staję w kolejce za kim? No za kim? Za gnojem tym, nic nie winnym, co go neurotycznie nazwyzywałam. Babka go kasuje, potem inną jakąś, może tez neurotyczkę. Rozmawiam z kasjerką o lockdownie, zakładach fryzjerskich, kropelkach CBD, otwieram w locie czekoladki, płacę. Uspokaja mnie ta rozmowa o niczym, ta czekolada z nadzieniem, ten polski sklep w wielonarodowej dzielnicy w angielskim kraju.


Wychodzę w chłodny jeszcze, kwietniowy wieczór. Oddycham. Jak nic gram główną rolę w programie edukacyjnym na temat napięć przedmiesiączkowych.


Łysy stoi przy samochodzie i coś tam dłubie.


-Czekoladkę? - pytam, czując się jak skończona debilka i wyciągając przed siebie to ptasie mleczko przymierza.


Łysy mierzy mnie z wysokości tych tam stu osiemdziesięciu. Mruży oczy. Rozpoznał.


-Dwie – mówi i uśmiecha się nieoczekiwanie. Uśmiech ma ładny.


Wracam do samochodu w poczuciu, że w taki czy inny sposób wszyscy jesteśmy Panią Józefową.

„Apokalipsija!!!” - zawodzę pod nosem i odpalam silnik.



Marysia Pajestka





78 wyświetlenia10 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

No future

No future?

Grill