Przedwiośnie

Kładę się na trawie, pod drzewem. Chłodna ziemia podtrzymuje sztywne ciało a nad odrętwiałą głową rozpychają się rwane wiatrem lekkie chmury. Chcę zsunąć buty i stopami pieścić szorstką trawę. Chcę ściągnąć spodnie i wełniany sweter. Chcę wtopić się w Matkę Ziemię, dać się ukołysać, ukochać, zaszlochać, zaśmiać się. Poczuć chłodne tchnienie umierającej zimy. Poczuć.


Drzewo ma przyklejone do konarów zasuszone, brunatne liście. Wśród tych martwych rodzą się już nowe, soczystozielone pąki, ale drzewo kurczowo trzyma na sobie zwłoki minionych miesięcy. Nie strząsa z siebie rozkładu i pozwala, by z wysiłkiem przeciskała się w nim wiosna. Jak nie mogący pogodzić się ze stratą żałobnik. Małe ptaki z bielonymi skrzydełkami pociągniętymi żółcią mleczy i błękitem chabrów podlatują raz po raz i ściągają z żałobnicy małe suche gałązki i te właśnie, martwe liście. Warstwa po warstwie odkrywają przepych piękna narodzin, wijąc gniazda z truchła rozkładu.

Wtopiona w Ziemię zupełnie jak to drzewo, z fascynacją patrzę na ten cud przeobrażania. Z martwych powstaje kolebka nowego życia. Wdowi owoc nie całkiem przeminie. Nic w naturze nie ginie. Nic.

Mija rok, odkąd na dwa tygodnie zamknięto nas w domach. Rok testowania Tysiąca potraw z ziemniaka, odkrywania różnic pomiędzy siedemdziesięcioma dwoma odcieniami czerwieni drogeryjnych lakierów do paznokci. Notabene, najbardziej przypadła mi do gustu Strażacka awangarda. Rok zaprzyjaźniania się z Haruki Murakami, którego O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu zmieniło moje postrzeganie biegania z walki o oddech w sztukę kochania i Netflixem, który w zasadzie nie wniósł niczego oprócz koreańskich seriali. Rok leżenia, miliardów powtórzeń jogowej kot-krowy, zaprzyjaźniania się z sobą samą i odrywania warstw od zatwardziałych poglądów i przekonań, co to ich wcześniej oderwać nie chciałam.

Nie umiałam.

Wydłużający się czas, jak ptak z wybielonymi skrzydełkami, zaczął odrywać z zamarzniętej powłoki umysłu warstwy cienkie jak pergamin, a zrogowaciałym naskórkiem przeszłych zdarzeń wyścielił w doświadczenie moje Dziś.


Ptak skupił się szczególnie na warstwach odpowiedzialnych za wiarę. W siebie, Boga, bliźniego. Wyszło mi na to, że w siebie wierzę troszkę tylko bardziej niż w bliźniego wspomnianego, a w Boga się wierzyć boję. Bo jeśli jestem stworzona na Jego podobieństwo, a On na ten przykład gniewny, mściwy i zazdrosny - no i jak mówią, wszystko co Boskie, to właściwe - to mściwość, zazdrość czy tam gniew są, to właśnie, właściwe? Powinnam cenić, kultywować i żyć na podobieństwo? Ha! - Sroga zazdrośnica z problemem kontroli agresji! I w strachu i z tego strachu a nie z miłości powinnam przestrzegać boskiego prawa, żeby mnie w Piekle na powieczność nie zamknęli? Miłować i współczuć czy gromić i ganić? Z tym katoschizofrenicznym dylematem dogmatów odwarstwiałam się pierwsze sto dwadzieścia dni ze wspomnianych dwóch tygodni zamknięcia. W bólach. Bo to nie łatwe jest odrywać od siebie z-dziada-dziadowskie teotezy. Nie jest łatwo otworzyć to durne, ślepe od pokoleniowych poglądów serce. Nie jest wcale łatwo przyznać, że w takiego Boga?- to ja przepraszam, to ja pierdolę, to ja wysiadam.


Wysiadłam.


Martwe liście psychowiary porwał ptak naznaczony chabrem i mleczem. Porwał je, i jął wić gniazdo, bo w naturze nic nie ginie.

Otwarłam to serce pijane od ludzkich kłamstw i zobaczyłam. Poczułam, usłyszałam i oniemiałam z prostego, niczym nie zmąconego zachwytu.

Bo w tym gnieździe siedzi Bóg, co we mnie wierzy. Mój największy kibic, mój oddany przyjaciel. Nie ma w zwyczaju mnie straszyć i nie chce mnie tarzać w piórach i smole. Stworzył mnie Ojciec, nie psychopata. Stworzył z miłości, nie dla igrzysk i walki.


Otwarłam serce i płakałam. Jak to żałobne drzewo, co już obrasta nowym, ale trzęsącym konarem kwili za starym. Zupełnie jak ja.


Odkryłam, że stoję tam naga zawstydzeniem nad brakiem miłości do Niego i siebie samej. Że jestem ułomna, kaleka i samotna. Bezsilnie brzemienna tym, co wczoraj, co do mnie nie należy. Uboga w dziś.

Bóg objął mnie, zaśmiał się w głos. I kopnął w dupę. Na zachętę. Gdyby nie ten kop, nigdy bym Ci nie powiedziała o tych stu dwudziestu dniach odosobnienia. Bóg maczał w tym palce. Pokazał mi jak kochać siebie. I Ciebie.


Leżę więc pod tym drzewem i czuję. Wszystko, kurwa, czuję. Pieszczę palcami kiełkującą trawę i wychylam twarz w ciepły powiew przedwiośnia. Rozkwitające drzewo to ja, a ja to rozkwitające drzewo. Bóg zaszalał przy stworzeniu i połączył mnie z szeptem wiatru, płaczem deszczu i śpiewem ptaków. I z tym drzewem, co przeobraża się jak ja. Bo Bóg, kochanie, to zajebisty artysta.


Widzisz? Czujesz? Słyszysz?

Ptak krąży nad Twoim Dzisiaj.

Bóg patrzy czule i śmieje się w głos.

Wiesz, co będzie dalej.





Marysia Pajestka

53 wyświetlenia0 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Przedwiośnie