Sam siebie podziwiam

Leżę sobie na podłodze, drapię się po jajkach, laptop gra, telewizor huczy, radio w kuchni – a i owszem, a ja wśród tej kakofonii zdobywam się na koncentrację i obserwuję maleńkie żyjątko, które przebudziło się, lub też narodziło tej wiosny. Wspina się na brzeg, z którego będzie miało dywanowe morze. Dobrze, że wziąłem urlop, bo zajęć, jak widać, bez liku.


Ostatnie rozstanie z miłością mojego życia będzie już raczej ostatnim w ogóle. Nie wiem, ile da się znieść rozstań w obrębie jednego życia i największej jego miłości, ale nasze śmiało można już liczyć w setkach. I pomyśleć, że tylko raz powiedziałem: ta sukienka cię postarza. Poza tym byłem dobry, turbo dobry. Sam siebie podziwiam.


A teraz leżę i liczę kroki małego stworka, mojego towarzysza. Znajduję kartkę, lekko podwijam i namawiam go na wejście. A tyle mostów, mostków, przęseł i kładek wzniosłem w naszym wspólnym poharatanym życiu! Lecz ona jest jak twierdza, ta moja miłość znaczy, jest jak Moskwa w 1812 dla Napoleona. Musiałbym chyba zeżreć swojego konia, żeby zdzierżyć mrozy jej braku uwagi, spojrzenia, a także milczenie. Dobrze jest również umieć rozpalić ogień; krzesiwem, nie wiem, pstryknięciami palców, łzą w oku, ciepłym słowem – słowem – czymkolwiek, byle nie sczeznąć. Teraz, zamiast przytulać się do kochanek, wpatruję się w mikrostworka. On też robi przystanki, nawet widzę, że mu się ta kartka nie podoba. Chyba chciałby wrócić na morze dywanu. No to przerzucamy stronę.


I jedziemy dalej.


Do kuchni, moi mili, się nie zbliżam. Urwał się kran. Tak. Ale to nie od nadmiaru niespożytego testosteronu jak mniemam, jeno ze starości. Brudne naczynia spiętrzyły się piramidalnie i na dobrą sprawę w grę wchodzą już jednorazówki. Jest lockdown i dwie zamówione wlewki okazały się nie pasować. Nawet nie mam sił ich odesłać,

więc gra laptop

huczy telewizor

gra radio w kuchni, żebym mógł się oswoić, jak już tam będę musiał wejść

i obserwuję stworka.

Nic wielkiego. Cały ja.

Sam siebie podziwiam.


Nawet lepiej, że wziąłem urlop, bo urwał się również prysznic. Nie że wyrwałem go celowo, z nadmiaru testosteronu, czy coś. Prawdopodobnie też ze starości. Ale jest lockdown, no i sami wiecie… Generalnie w domu nie brakuje wody, ale skończyły się narzędzia do jej swobodnego przepływu. Takie czasy. Na szczęście mi się dobre – podkreślmy to – pomysły nigdy nie kończą. Otóż zamknąłem instagram – mój jedyny kontakt z ludźmi. Zaczynam dbać o higienę psychiczną, tak to nazywam; wyrzekać się nadmiaru bezużytecznych relacji, tak sobie wmawiam. Przecież wiem, że ta, która ewentualnie mogłaby się okazać zdobyczą, rzekłaby: nie dla psa kiełbasa. Reszta była tylko dodatkiem, że tak się wyrażę.


Z głośników dochodzą wiadomości, że rząd przedłuża obostrzenia. Wszystko będzie zamknięte o tydzień dłużej. O, to pierwszorzędna wiadomość. Będę tu gnił do lata. A w Białymstoku policjanci zrobili naloty na siłownie i fitness kluby i zamknęli wszystkie ( w tym moją) w pizdu. Cóż, tak miałem chociaż szansę zlikwidować problem prysznica.


- No nic robaczku, zdaje się, że jesteśmy skazani na to samo. Ty masz swoje morze dywanu, ale musisz przyjąć do wiadomości, robaczku, że to jest mój dywan! I że łaskawie użyczam ci go w bezpłatną dzierżawę. Żyj sobie, ale wiedz, że jeszcze dni miłości i śmiechu tu wrócą! Tak robaczku, jeszcze się będziemy kochać!!!




Eli Buczyński

53 wyświetlenia1 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

No future

No future?

Grill