Sierpień samotności.


Jeszcze przed wakacjami zgrywana składanka piosenek, nosi tytuł: lipcowe granie. Zapowiedź lata, mrówki egzaltacji rozchodzące się po ciele, nagrzane auto i zmieniarka płyt w podróży do zachodzącego słońca. Proste piosenki, proste wiadomości i proste przesłanie: wolność. Portale społecznościowe zaczyna wypełniać multum zdjęć Mazur, Bałtyku, Toskanii, wypełnionych światłem. Lipiec to rozżarzone żółte słońce, wakacyjne i wypełniające poczuciem zdziecięcenia. To woda niebieska jak etykieta Krynki, albo tajemnicze jeziora, zamieniające się w Świteź, krainę z baśni tuż po zachodzie słońca.


Sierpień zamarł. Przyczaił się za rozochoconym lipcem, i nie wie gdzie się podziać ze swoim żarem. Ludzie go nie chcą, las go nie chce, tylko piromani i wariaci mają się dobrze. Poza tym, wydrążeni z soków i energii, słuchamy tego jak ludziom na górze puszczają nerwy, włókno po włóknie, sznurek po sznurku.


Poszedłem do sklepu po nowe, bawełniane szorty, przyniosłem kilka koszulek i wentylator. Odtąd moją muzyką jest jego silnik, a towarzystwem jego chłodzące łopaty. Rygluję drzwi i spuszczam rolety w całym mieszkaniu. Nie dopuszczam nadmiaru światła i zanurzam się w morzu liter. Czytam od rana do nocy. Z sieci wyłowiłem powieść chorwackiego pisarza, szukającego azylu od życia na rozgrzanym wzgórzu w pełni letniego sezonu. Pod nim błyskają łuski morza, turyści wylegują się na leżakach z piwkiem w ręku. On ich obserwuje i wcale nie tęskni. Uciekał od tego i przybył na wzgórze zupełnie bez formy, zarówno fizycznej, jak duchowej. Czytam i schładzam się wentylatorem. Potrafię leżeć na dywanie pół dnia, od czasu do czasu zaglądając do lodówki.


Na portalach przybywa zdjęć. Przybywa malowniczych zachodów słońca, upokorzonego oprawieniem w ramy telefonicznych aparatów.


Ponieważ u mnie jest sezon na milczenie, znajduję wolne terminy sekund na wciśnięcie serduszka, i powrót do społecznej socjety, która, co tu dużo mówić, poza szpitalnym łóżkiem i pogrzebami, dawno już, w całości, przeniosła się do wirtualu. Mój bohater ma możliwość obserwowania nocnego nieba, dla którego światełka lecących nad nim samolotów oraz migoczących gwiazd są jak muśnięcie welonem po nosie. Ćwiczy struny głosowe, używając ich jakby wypowiadał potrójne zaklęcie skierowane w górę: szmaragdy, szmaragdy, szmaragdy...

- Szmaragdy – powtarzam za bohaterem, wstaję z dywanu, wybieram jedną ze sterty koszulek i idę po lody.

Jest lato, więc zamrażarka musi, kurwa, czuć, że jest potrzebna.


Dawno dawno temu, w lipcu, kiedy przebywałem w gościnnych progach tamtego domu, uczyliśmy się mieszać smaki i tak nam wyszło, że czekolada z truskawką najbardziej do siebie pasują. Teraz wychodzę i staram się nie zapominać tej lekcji, ani maseczki. Bywa, że po nią wracam, choć używanie jednorazowych szmatek w miejscach bezpośrednio prowadzących do podniebienia bywa nieapetyczne.


Tak było z facetem, do którego przywiozłem do naprawy stary magnetofon. Siedział za biurkiem w ciaśniutkim, mrocznym zakładzie, pałaszując kanapkę. Okruchy chleba z masłem wypadały mu z buzi na rozłożony papier. Właśnie wchodziłem, kiedy przeżuwał kęs. Tłuszczyk z warg świecił jak ślepa odnoga Dniestru. Na mój widok, wystraszył się i natychmiast sięgnął po poplamioną szmatkę. Zdołał zaczepić tylko za jedno ucho i wciąż nie mógł trafić za drugie. Wreszcie przytrzymując przy ustach maseczkę jednorazowego użytku i przeżuwając jednocześnie, zaatakował ucho pytaniem – słucham? A ja mogłem już tylko patrzeć, nie dałem rady wydobyć z siebie głosu w żadnej tonacji.


Teraz idę przez żar, przechodzę na drugą stronę ulicy Żarskiej, mijam otwarte drzwi i wchodzę do sklepu. Znajome ekspedientki, znajome półki, a przede wszystkim znajome opakowania dań instant, którymi zastępuję sobie tegoroczne gastro-zabawy nad palnikami. Przede mną stoi zamrażarka z lodzikami, a ja chcę loda. Pytam gdzie są duże opakowania lodów. Okazuje się, że w zamrażarce z tyłu. Przechodzę tam, znajdując ich miejsce odosobnienia, zręcznie zastawione regałami, aż dziw, bo niedostępne na pierwszy rzut oka. Od razu korzystam z chwili i zaczynam do siebie gadać. Gadam co mi ślina na język przynosi. Taka niedzielna mini-spowiedź w dziale mrożonki w sklepie z płazem. Po modlitwie Ojcze nasz, mogę spojrzeć na oszronioną pokrywę, za którą stoją nagrody z żaru-wybawienia.


Albowiem lodami odmierzać będziemy palące piekło naszych grzechów.


Otwieram pokrywę i wyciągam dwa duże pudła. Czekoladowe oraz truskawkowe. Trzymam je oburącz i ustawiam się w kolejce do kasy. Tym razem nie wziąłem maseczki. Chłopczyk przede mną wyciąga z kieszeni dwie garstki drobnych monet, które z cichym brzękiem opadają na ladę. W drugiej rączce trzyma loda na patyku. Niewinne dziecko – myślę, patrząc na swoje pudła. Kasjerka liczy, liczy, liczy, a mnie kłuje zimno opakowań. Zginam łokcie i przekładam lody na przedramiona. Chłopczyk cierpliwie patrzy na panią, pani niecierpliwie liczy.

- Jeszcze pięćdziesiąt groszy – informuje chłopca kasjerskim tonem.

Chłopczyk jest cierpliwszy niż się spodziewałem. Prawdziwy oświecony, mistrz i budda w jednym. Nie odzywa się, nie zmienia miny, tylko wciąż patrzy na panią z tą samą przekręconą główką ze znakiem zapytania. Kostnieją mi przedramiona.

- To ja dopłacę – mówię zza chłopca, ponad jego głową.

Kasjerka przekręca głowę w moją stronę i przyjmuje propozycję z ulgą. Chłopak nie zmienia postawy, nie odwraca się, nie zadziera głowy, tylko trzyma loda w rączce.

Taki już jest.

Mówi kasjerce dziękuje i wychodzi ze sklepu.


Wychodzę z lodami w niebezpiecznie rozgrzany sierpień.

Po małym buddzie ani śladu.


Wracam do swojego wzgórza, na pierwszym piętrze. Mam głowę zaprzątniętą różnorodnościami, w tym, niezmiennie – pękaniem szwów umysłu, aż uwalniają się pomysły.

- Może by tak rzucić wszystko i kontynuować karierę Swobodnego jeźdźca? - zastanawiam się przez chwilę.


Z tym że, bez wiatraka, bez lipcowej składanki i bez lodów szukanie indywidualizmu może się okazać jeszcze bardziej nie do zniesienia.


Zostaję.

Przyjmuję postawę małego buddy – postawy cierpliwego zadziwienia.




Duch Osobny



Eligiusz Buczyński / Zakładka autorska

Punkt Siedzenia

On


80 wyświetlenia