Szarpanie w głąb siebie


W marcu i w kwietniu kiedy pisałem o nowej rzeczywistości, miałem dość ledowego światła monitorów i pragnąłem świeżej trawy, świeżego powietrza, rozebrania się i wyjścia do natury.

Dziś, po kilku miesiącach i po kilku odwołanych spotkaniach pod rząd, po nieustannych godzinach zdalnego siedzenia przed monitorem, kiedy znowu oczy pieką, to ulica domaga się wyjścia. Jeśli nie pod sejm, to przynajmniej po to, aby wspierać protesty. Jakiekolwiek protesty, byle nie siedzieć bezczynnie.

A ja nie chcę tak.

Domagam się powrotu do rzeczywistości, która była: domagam się otwartych siłowni i restauracji, domagam się rozmów z klientami w cztery oczy, domagam się spotkań autorskich, warsztatów, seminariów, a nawet szkoleń, na żywo. Domagam się transakcji zakończonych uściskiem dłoni, domagam się całusów na powitanie, i pożegnanie, chcę szczęścia, wolnego, uduchowionego życia i fizycznej możliwości wydatkowania spożywanych kalorii.

Domagam się powrotu zaufania do państwowych służb, przede wszystkim do ministra edukacji, ministra zdrowia, a także prezesa rady ministrów. Domagam się otwartych bibliotek i papierowych książek, czytania prasy w kawiarniach, pisania listu przy kawie, naklejania znaczka na poczcie, używania wyobraźni, a nie tylko plastikowych rękawiczek, i bicia kolejnych rekordów na Legimi.

Nie podobało mi się wiele rzeczy, fakt. Nie podobały mi się krzywo postawione auta na osiedlowych parkingach i zabieranie miejsca chodnikom, nie podobał mi się brak dodatku lokalnego do Gazety Wyborczej w osiedlowej Żabce, nie podobały mi się pety wypadające z samochodów jadących przede mną, nie podobał mi się brak odpowiedzi na „dzień dobry”. Nie podobała mi się muzyka i wiersze wybierane na konkursach, nie podobały mi się tłuste włosy u ładnych dziewczyn, nie wyłączając mojej. Potrafiłem miesiącami się nie odzywać. A kiedy wychodziłem z domu i patrzyłem na machanie miotłą pod wiatr, wydawało mi się to ryzykowne.

Ale nadal nic nie mówiłem.

I nienawidziłem reklam. Zwłaszcza tych zaczynających się od „za jedyne trzy tysiące” – i wzwyż.

Żeby nie tłuc łbem o mur, pokonałem najbliższy lasek, oswoiłem go jak partyzant. Drugi dom, drugi dach nad głową, długi odpoczynek dla wyczerpanych oczu, długi odpoczynek dla uszu, zwiastowanie dobrego snu.

Dziś nie zrobiłbym ani jednego kroku inaczej, i wcale mniej bym nie narzekał. Nadal nie zgadzam się z rzeczywistością, denerwuje mnie jej narzucająca się siła, ta ogromna siła, której przeciwstawić mogę jedynie inny niż dotychczas punkt wyjścia. Taki, którego jeszcze nie znam, ale jest zapisany gdzieś głęboko, we mnie.

Zostało się przebudzić.




Eli Buczyński

101 wyświetlenia7 komentarz