Szczęściara Urodzona w PRL-u

Aktualizacja: cze 26


Świat zwariował. To znaczy zawsze był zwariowany, trochę szalony, trochę niebezpieczny, niezwykle interesujący, ale zarazem - był prawdziwy. I ja się urodziłam w takim świecie. W świecie - do bólu - prawdziwym.

Na przykład jajka były prawdziwe. Od prawdziwej kury, która chodziła po prawdziwej trawie i odżywiana była prawdziwym ziarnem. Szczęściarze wiedzą, że smakują one o niebo lepiej, niż te jajka, które obecnie zalegają na półkach supermarketów, a żółtko tych prawdziwych, zmieszane z olejem rycynowym, miało tyle witamin i fosfatydylocholiny, że wtarte w skórę głowy hamowało wypadanie włosów.

Sex on the beach był prawdziwy. I nie mam tu na myśli powszechnie znanego dziś w pubach drinka, ale prawdziwy seks na prawdziwej plaży, na której o poranku można było kiedyś znaleźć prawdziwe bursztyny. Szczęściarze wiedzą jak to jest spać na dzikiej plaży w śpiworze, czuć się przy tym absolutnie bezpiecznie, a dzień rozpoczynać od kąpieli w morzu i kawy zaparzonej wrzątkiem, przygotowanym na małym ognisku pod wydmami. Prawdziwej kawie. Zmielonej prawdziwym, ręcznym młynkiem.

Przyjaźń była prawdziwa. Prawdziwy ciąg wymienny uczuć, czasu, niekiedy pieniędzy, zawsze informacji. Rzetelnych. Ważnych i mniej ważnych, radosnych i smutnych. Prawdziwa przyjaźń czyli przywilej bycia przy drugiej osobie w najtrudniejszych chwilach, podtrzymywanie jej głowy, kiedy wymiotuje po kolejnej dawce chemii, wyciąganie żyletki z ręki, zakładanie opatrunków, całowanie zapuchniętych od płakania powiek i świadomość, że samemu też można przy niej czuć się podle. Że można przy niej wrzeszczeć, płakać, rzucać szklankami albo zapłonąć żywym ogniem. Prawdziwy przyjaciel to był ktoś, kto nas znał do końca, do bólu naszych prawdziwych łez, smrodu naszych wszystkich grzechów oraz dna naszego serca… i mimo wszystko nas kochał. Masz takiego? Jeśli masz to też jesteś szczęściarzem.

Dzisiejszy świat jest karnawałem fałszerstwa. Fałszowane obrazy, fałszowane bitwy, fałszowani przyjaciele, fałszowane przygody, fałszowana miłość, fałszowane piekło. Wszystko dzisiaj błyszczy, mruga, lśni. Syf jest lukrowany, kicz posypywany sreberkiem, dziadostwo obłożone kwiatkami, diabeł odpala fajerwerki, muzyka głośno gra, a człowiek przemierzający dzisiejszy świat ma wiecznie przyklejony uśmiech do gęby, choć wszystko w nim wyje z bólu i ma ochotę uciec w paroksyzmie rozpaczy do... No właśnie. Uciec, ale dokąd?

Świat zwariował i chce nas pożreć. Chce pożreć nasze życie. Setki smsów i maili, dziesiątki „lajków” i komentarzy, jeszcze dwa dodatkowe fakultety, sylwetka szczupła- wysportowana, ucz się przynajmniej trzech języków, weź ten dodatkowy etat, więcej zarobisz, zobacz to, musisz to zobaczyć, musisz tam pojechać. Wakacje w leśniczówce? Nie żartuj… wszyscy teraz latają na Kanary. Praca po czternaście godzin na dobę, co pół roku nowy telefon, co dwa lata nowy samochód, ferie zimowe w górach, obowiązkowo- narty, wakacje letnie - morza południowe, wskazane nurkowanie, to takie trendy, musisz wszędzie być, wszystko widzieć, musisz być na topie, musisz być taki jak inni. No… zawsze możesz być odrobinę szczuplejsza. Ciut bardziej umięśniony. No i dobrze byłoby zagęścić rzęsy, powiększyć piersi, przedłużyć włosy… tylko czy to nadal jesteś Ty? Ty prawdziwa? Czy to nadal jest Twoje życie? Tak właśnie chcesz je przeżyć? A co z naszym wnętrzem? Znam takich ludzi, co matce pyskują, z sąsiadką nie odzywają się już drugi rok, chłopakowi „nieba” by uchyliły, w pracy rozsiewają ohydne plotki, na Instagramie… odważne sesyjki, na facebooku -ckliwe cytaty, wiersze , łzy... Hej… - zagaduję nieśmiało- A która Ty jesteś prawdziwa? Nie wiem jak z Tobą rozmawiać…

Jest jasne jak słońce, że musimy w takim świecie żyć. Bo innego nie ma. Musimy pracować, chodzić do szkoły, dokształcać się, rozwijać, wyjeżdżać na wakacje, korzystać z portali społecznościowych. Nie mam nic przeciwko korygowaniu rzeczy, które nas wkurzają, zarówno w naszym życiu jak i w naszym ciele, uwielbiam pięknie pomalowane paznokcie, zadbane dłonie i stopy, podziwiam swoje przyjaciółki w eleganckich sukienkach i nowych fryzurach, nie wyobrażam sobie życia bez podróżowania. Ale spróbujmy przy tym wszystkim być sobą. A my od siebie odjechaliśmy już dawno temu… Wielu ludzi było sobą ostatni raz gdy mieli trzy, cztery lata… Gdy chcieli płakać to płakali, a gdy chcieli wsadzić babci palec do nosa to wsadzili. A potem? Zranienie- maska, porażka- maska, niepowodzenie w pracy-maska, niepowodzenie życiowe, jedno, drugie, trzecie, jedna maska, druga maska, kolejna maska…. I tyleśmy tych masek na siebie ponakładali, że już sami niekiedy nie wiemy, którzy jesteśmy prawdziwi.

Na początek może warto zastanowić się co lubimy robić, co tak naprawdę sprawia nam radość, jaką czynność wykonywalibyśmy najchętniej codziennie zamiast żmudnego chodzenia do pracy ( jeśli ktoś jest na etapie, że praca sprawia mu autentyczną radość i tak naprawdę płacą mu w niej za to, że dobrze się bawi, to pomija ten punkt☺ Szczęściarz). Reszta, jak ja pewnego razu, może po prostu wybrać chociaż trzy rzeczy i starać się to robić każdego dnia. I nie wszystkie trzy, codziennie, bo doba ma niestety tylko dwadzieścia cztery godziny… Przynajmniej jedną rzecz, kilkanaście minut dziennie. Uwielbiałeś grać na skrzypach w młodości? Idź na strych, odkurz skrzypce. Marzysz o malowaniu? Zapisz się na kurs i uczęszczaj w każdy czwartek albo wyciągnij farby spod łóżka i baw się codziennie tak jak lubisz. Jeśli kochasz wodę , kup karnet na basen, naprawdę raz w tygodniu wystarczy, żeby po miesiącu regularnego korzystania poczuć się cudownie. Kochasz kwiaty, a ich widok i zapach przynosi Ci radość - zacznij uprawę od jednego storczyka na parapecie. Jeśli uwielbiasz czytać, ale nie masz hajsu na nowe książki - jedź do biblioteki… wypożycz kilka tytułów, żeby się nie zniechęcić, kiedy pierwszy nie będzie trafiony i poświęć tej czynności choć kilkanaście minut codziennie przed zaśnięciem. Nabierasz energii albo wręcz przeciwnie- relaksujesz się w kuchni, czujesz , że to miejsce dla ciebie? Zacznij piec, gotować , poszukaj w necie nowych inspiracji . Albo pisz wiersze, zacznij jeździć na rolkach, łowić ryby, modlić się, lepić pierogi, śpiewać, hodować chomiki, cokolwiek. Cokolwiek co sprawi, że się zatrzymasz i uciekniesz od hałasu, choć na chwilę. Nie musimy od razu startować w zawodach pływackich, aspirować do MasterChef’a, mieć dwóch hektarów plantacji roślin albo wystawy w muzeum sztuki współczesnej. Planujmy swój czas, dbajmy o małe przyjemności, o to, żeby już nigdy nie zasiedzieć się przy durnym serialu, albo dwudziesty raz- przy tym samym kabarecie, żeby już nigdy nie wziąć dodatkowej pracy na czwartek, bo wtedy jest taniec, albo koszykówka, albo popołudnie z przyjaciółmi, żeby nie utknąć w „nie-naszej” dyskusji na forum internetowym, na temat, który, tak naprawdę, guzik nas obchodzi. Żeby już nigdy więcej na koniec tygodnia nie okazało się, że życie toczy się gdzieś z boku, że żyją inni, ale nie my… że życie ucieka nam między palcami …

Myślę, że ta sama zasada ma szansę całkiem dobrze sprawdzić się w wyborze partnera, męża, przyjaciela, z którym chcielibyśmy spędzić życie. Związki nigdy nie dostarczają nam wszystkiego. Zazwyczaj mamy pełną listę rzeczy, których oczekujemy od drugiej osoby- odpowiedniego poziomu intelektualnego, zgrania seksualnego, dobrej rozmowy, uległości albo przewodnictwa, konkretnego typu urody, kompetencji, może- wsparcia finansowego, miłego usposobienia i .… można wybrać trzy. Może cztery jeśli mamy szczęście. Tylko w kinie znajduje się partnera, który ofiaruje pełny zestaw, a ludzie wciąż szukają ideałów i są w dzisiejszych czasach coraz bardziej samotni.

Życie to nieustanne wybory. Z czegoś trzeba zrezygnować. Nie wybierajmy wszystkiego, pozwólmy sobie zatrzymać się, pomyśleć , zastanowić co jest dobre, a co złe, co przyjemne, co- pożyteczne, co -prawdziwe, co- fałszywe, co-opłacalne dla nas, ale być może- krzywdzące dla drugiego człowieka. To oczywiste, że musimy mieć samochód i telefon. Bez tego nie przeżyjemy w dzisiejszym świecie. Ale kto powiedział, że musimy co pól roku zmieniać aparat komórkowy, a co dwa lata - pojazd? Kto powiedział, że życie jest pracą, a nałogi i popędy są elementami spędzania wolnego czasu? Dzisiejszy świat coraz częściej próbuje nas zassać, żeby nas pożreć i… sami sobie dopowiedzcie jaki jest ostatni element przewodu pokarmowego. A ludzi zaczyna dotykać obłęd poprzez korporacyjne wyścigi szczurów, plotki, sensacje, mamonę, telewizję, internet, awans, pandemię erotyki , kult sukcesu, który nakazuje być wiecznie młodym i zdrowym. Wybierajmy i rozmawiajmy. Tak się robiło w świecie, w którym ja się urodziłam i dziś wiem, że to było dobre. Nie piszmy smsów, jeśli to nie jest konieczne, nie komunikujmy się tylko na facebooku, twitterze, Instagramie, whats upie, messengerze…. Najważniejszy jest zawsze ten człowiek, który stoi właśnie przed nami. Nie róbmy zdjęcia filiżance kawy, kiedy na wprost siada ktoś, kto nas zaprosił, żeby nam powiedzieć, że tęsknił tak bardzo, że pękało mu serce podczas miesięcy rozłąki... Nie dotykajmy telefonu, kiedy nastanie chwila ciszy, bo może ktoś po prostu zbiera się w sobie, żeby nam powiedzieć, jak bardzo jest samotny albo z jakim problemem zmaga się od lat…

Na szczęście najpiękniejsze rzeczy na tym świecie są tożsame z rzeczami świata, w którym się urodziłam : wschody i zachody słońca, maliny, spacery brzegiem morza, łany zbóż, ośnieżone szczyty gór, szum strumyka za domem, zapach lasu po deszczu, kino letnie na plaży, lody czekoladowe, hamaki, sanki, jagody, śpiew słowika o poranku, kawa zmielona tuż przed zaparzeniem, stół wigilijny i dwanaście potraw na nim, przyjaciel, którego mogę potrzymać za rękę, farby, płótna, cytrynowy biszkopt według przepisu babci, papierowe zdjęcia, książki, pikniki na zielonych łąkach, dachy, na które jeszcze można wejść i leżeć całą noc, by obserwować niebo, samo niebo niezmienne od tysięcy lat, z tym samym księżycem i tymi samymi konstelacjami gwiazd, domowa uprawa pomidorów, łowienie ryb, ognisko, dźwięk gitary, liściki pisane na małych karteczkach z napisem „Kocham Cię. Daj z siebie wszystko” ,wciskane w relikt z PRL-u czyli w kanapki. To chyba trzyma mnie przy życiu najbardziej, bycie tu i teraz, codzienna możliwość doświadczania rzeczywistości prawdziwej i wartościowej w tym zwariowanym świecie… A czasem kiedy jest naprawdę źle, kiedy choroba, albo ból, albo śmierć przyjaciela przenosi mnie w inny stan świadomości nie pozwalając niczego innego doświadczać- wystarcza mi wiara, że świat wciąż może być piękny i pełen niespodzianek, bo Ten, który go stworzył miał fenomenalny, mistrzowski plan . A innym razem, kiedy znów dam się nabrać i biorę udział w karnawale fałszerstwa ( tak, przyznaję, ja też wciąż nabieram się na jakieś błyskotki, świecidełka, piękne kłamstwa, czułe słówka) i czuję się jak w matrixie, i już nie wiem co jest prawdziwe a co nie, przypominam sobie moją ulubioną scenę z filmu Beautiful Mind , tę w której John Nash, chory na schizofrenię, biedny, oszołomiony wizją szpitala psychiatrycznego, rozbity, załamany, nieszczęśliwy , zagubiony, żyjący w dwóch światach, rzeczywistym i fałszywym, zostaje sam z pytaniem „co jest naprawdę, a co mi się wydaje… co jest prawdziwe, a co jest fałszywe… i… jak mam dalej żyć…” Wtedy jego żona, która scenę wcześniej zastanawiała się, czy go opuścić - wraca, klęka przed nim, pieści dłonią jego policzek i mówi, patrząc mu prosto w oczy, jakby czytała w jego myślach „To jest prawdziwe”. A potem bierze jego dłoń, dotyka swojego policzka i szepcze „To”… Kładzie jego dłoń na swojej piersi i mówi „ To”… Scena się kończy, kiedy Alicja puentuje : „A może ta część, która rozumie budzenie się ze snu- w tym momencie jej palce błądzą we włosach, za lewym uchem Nasha- nie jest tu…- przesuwa rękę niżej, zatrzymuje na sercu - Tylko tu ?” I już wiem, co jest prawdziwe…

P. S. Tytuł zainspirowany książką pt. „Szczęściarz urodzony w PRL-u” aut. Józef Stępień i przyjaciele. Polecam ☺


111 wyświetlenia4 komentarz