Szpitalna nerka

Dam Ci za to polne kwiaty

Wyślę list, wezmę na spacer

Sam dla Ciebie prezent zrobię

Do snu bajkę Ci opowiem”


Siedzimy w ogrodzie w jasnym, ciepłym słońcu. Jesteśmy najedzone do syta i sączymy poobiednią kawę. Ona siedzi tuż obok i dotyka kolanem mojego kolana. Obiera ze skórki jabłka. Ma zamiar zrobić szarlotkę bo uważa, że szarlotka jest dobra na wszystko. Ja tam uważam, że sernik, ale milczę jak grób. W końcu jestem w gościnie. Nie muszę nic robić, palcem nawet nie kiwam. Bezmyślnie łapię szczątki urywanych myśli. A o tym, że telefon muszę wykonać. I o tym, że stanik czarny przydałoby się kupić. Myśli prosto z głębi mojej rozpieszczonej, kapitalistycznej dupy. Bezmyśli takie.

Ona prostuje się, grzbiet pręży i sypie na jabłka cukier z cynamonem. Patrzy na mnie z uśmiechem, a ja po raz kolejny zakochuję się w tych drobnych, maleńkich zmarszczkach wokół jej oczu. A kiedy słońce zajdzie, będę się grzać w ich blasku. Takie kochane są.

Brzęczenie owadów i białe ściany jej domu. Ot, jestem w Hemingwayowskim "Słońce też wschodzi". Ja też przeciągam grzbiet. W końcu wszystkie koty przeciągają grzbiety. Nawet te parchate.

Ona wkłada ciasto do piekarnika i wraca z dzbankiem wypełnionym lemoniadą. Jestem, kurwa, w niebie.

-Opowiem Ci, bom se przypomniała. Chcesz? Ino zaczekaj, poduche se pod zadek podłożę. Coś mi hemoroid dziś dokucza. Na ten upał pewnikiem.


Wzdrygam się od ciężaru nagłej wizualizacji przegrzanego hemoroida. Ale nic to. Podaję jej dłoń, ona wygodnie siada i ponownie sprzedaje mi uśmiech numer pięć. Ten od drobnych zmarszczek. Ten od leniwego zakochania. Rozpływam się.

-Taki nieboże u nas na wsi był. Kochany taki. Matkę jego znałam. Dobra kobiecina była, tylko jakieś nieudane dzieciństwo miała. Ale swoje pachole dobrze chowała. A jak miał trzy latka to nażarł się proszku do prania. Trzeba było żołądek płukać. A śmiał się, bo nosem bąbelki szły aż pod sufit.. A za matką to chodził jak za przewodnikiem jakimś. Ślipkami mądrymi spozierał. Świata ciekawy był. W przedszkolu to dziewuchę jedną pocałował, co mu się straszliwie podobała. Ta się diabelnie rozryczała a nicpoń z szerokim uśmiechem w kącie za karę stał. Dumny cały, że całusa ukradł. Sporty wszelakie lubił i przedmioty ścisłe. Nie od parady szyja głowę nosiła. Arkitektura mu się marzyła i duży samochód. Z chłopakami jeździli pod namioty jakieś. Trawe tam palili, ogniska urządzali i muzyki słuchali. Jak do domu wracał, to ściskał matkę jak nikt inny a na jej miękkich policzkach odciskał czułe pocałunki. Zaradny był, w domu naprawić umiał a i o matką - jak chorować zaczęła - zatroszczyć się potrafił. Wieczorami nogi jej kocem okrywał, na herbatę nastawiał, siodoł i godoł o dniu minionym, aby tylko na jej twarzy uśmiech przywołać. A jak ją kochał piekielnie, krucafiks jak on ją kochał. Te oczy w siatce zmarszczek zamknięte i uśmiech pobłażliwie łagodny. A na filmach romantycznych to ryczał jak baba. Ale nikomu słowa nie szepnął, toć chłopu nie przystoi. Programystą jakimś został. A jak się w dziewczynie z sąsiedztwa zakochał, to huczało, tak lotoł. Pierunem do izby wpadał, pajdę chleba rwał, matkę w ramiona ze śmiechem porywał i gnał, firmę rozwijać i mieszkań szukać jakichś. Bo ożenek mu po głowie błądził.

Przerywa na chwilkę i bierze łyk lemoniady. Słońce świat grzeje, powietrze brzęczy od pszczół a ja uśmiecham się nad tą jej historią. Nad chłopakiem ze wsi i jego gorącą głową.

-Ojcem szybko został. A jak płakał ze szczęścia, kiedy matce w słabnące ręce dziecko powierzał. A ona patrzyła na wnuka, na syna i czuła, że bardziej spełniona być nie mogła. Że w tej chałupie ma wszystko czego chcieć można- miłość. A kiedy umarła, to serce mu pękło na miliardy tych miłości. Szlochał w rozpaczy, palił trawe i szukał ukojenia w ramionach tej właśnie, tej dziewczyny z sąsiedztwa. A kiedy im drugie dziecko na świat przyszło, na cmentarz zabrał kruszynę. Do mamy. Ryczał tam, śmiał się do córeczki i tak straszliwie tęsknił. Tak tęsknił. Nie odnosił wielkich sukcesów. Ale kiedy włosy srebrem zalśniły i do piersi własne wnuki czule utulał, wiedział, że kocha to swoje życie. Nad życie.

Ona wzdycha cichutko i odpędza tłustą, natrętną muchę.

-Jego matka mi to wszystko w tej izbie opowiedziała- mówi, wskazując na pokój tuż koło ogrodu -zanim jej się zmarło. Bo go wyskrobała z ciała, ale z serca to już nie mogła. Bo on się nigdy nie urodził. Nigdy tego proszku nie nażarł. Nigdy ojcem nie został I nigdy nie posiwiał. On leżał tam, w środku nocy, w szpitalnej nerce. Razem z innymi odpadami biologicznym. A rano go wyrzucili do worka. Ot, tyle z jego szkolnego, skradzionego całusa.

Ona poprawia włosy i wstaje powoli z krzesła.

-Ciasto chyba dobre. Podjemy trochę, chcesz?

Idzie w stronę kuchni. Odprowadzam ją wilgotnym wzrokiem. Jestem tam, w środku nocy. W szpitalnej nerce.

Boska Ławka Rezerwowych


32 wyświetlenia