To jest wojna

Jest rok 1991.

Mam prawie 18 lat, nieuporządkowane poglądy na życie i religię. Jeszcze nie całowałam się z żadnym chłopakiem, ale już czułam, że z moim krajem jest coś nie tak. Tylko wiecie, dziewczyny w Polsce to głupie gąski, które nie mogą być wolnomyślicielkami, tak dla jasności.


Jednak poznaję nowe słowa, wiem już, co to choroba autoimmunologiczna. Wtedy organizm zjada sam siebie od środka, w imię czego - nie wiemy. To jedna z największych zagadek medycyny. Rozumiesz, bierzesz swój ogon, palec, stopę i powoli ją wcinasz. Jak u Topora, w „Czterech różach dla Lucienne”.


Jarocin 1991. Mój pierwszy koncert Defektu Muzgó. Tomasz vel Siwy (albo ktoś inny) w tęczowej peruce. Już wtedy. Szybko zapamiętuję:


Wszyscy jedziemy na tym samym wózku

Od strachu uratuje nas tylko defekt mózgu





Pierwszy pocałunek, pierwsze uderzenie rzeczywistości, pierwsza nawalanka na koncercie Pidżamy porno. Trzeszczące kasety, piosenki zapisywane w pamiętniku. I tamta rozmowa z Siwym po koncercie, dziewczyński strach o Polskę. Musi paść idiotyczne pytanie, dlaczego napisali ten tekst. Znasz odpowiedź, ale musisz poczuć z kimś wspólnotę myśli.


- A pamiętasz stan wojenny? Dziadek zbudował na podwórku schron, gdyby wojna przyszła. Często rozprawiał, jak to było za Niemca. W ’81 kazał mi i bratu przejść bombardowanie, próbną ewakuację ze świata. Pod betonem wylanym na podwórku był dobrze ukryty właz, z małym okienkiem na węgiel i podziemnym luftem na ziemniaki. Stamtąd przechodziło się do spiżarni w babcinej kuchni. Wnuki dostały precyzyjne instrukcje. Czuliśmy się dziwnie i woleliśmy zabawy na strychu albo w stolarni, gdy skakaliśmy w hałdy pełne pachnących drewnem wiórów. Opieprz od mamy był gwarantowany, ale niewiele nas to nauczyło. No może tego, że flaga Solidarności ma leżeć w koszu z zabawkami, gdy przyjdą po raz kolejny smutni panowie z ZOMO. I nikomu nie można mówić, że ojciec pędzi bimber. Na komunię.


Jest rok 2020. 11 Listopada. Święto narodowe.


Pandemia, Pałac Kultury na horyzoncie, co to go chcieli nawet rozebrać, bo źle się kojarzy, nasz Fourth of July, tak subtelnie wyśpiewany przez Sufjana, Marsz Niepodległości, a nawet Przejazd. A wiadomo, że Niepodległość powinna scalić wszystkich Polaków. Jakimś dziwnym trafem nawet ona nie potrafi. Ta choroba dzieje się tu, w środku, z ludźmi, którzy przyszli świętować odzyskanie - no właściwie czego. Dziadki w grobach się przewracają na każdy dźwięk słowa wojna. Teraz to im nawet łatwiej, bo cmentarze zostawili w spokoju w koronaamoku. A przecież TO JEST WOJNA. Brat nawala w brata. To dopiero jest wojna, moi Drodzy.


Płonie Warszawa. To płonie Londyn. To płonie Paryż.



Płonie.

A przecież miało być estetycznie, szybko i bezboleśnie, tylko grzyb bomby atomowej, jedno pociągnięcie wariata, jeden przycisk i spełnia się Teoria Wielkiego Rozpierduchu.


Nie ma ucieczki donikąd. Może jakaś Nibylandia, ale nie da się wyjechać z Polski, a w sumie to nawet młodzi nie chcą tchórzyć.


I zostaje milczenie. Jedynie milczenie.


Tylko czy można milczeć w wyrosłym w mózgu własnym języku.


Dzień jest blady, wokół zaraza. W środku nie lepiej. Mamy przejazd niepodległości, czy jak tam zwać. Flagi, wszędzie zdeptane flagi mojej ojczyzny, której nigdy nie umiałam opuścić na dłużej, jakiś karykaturalny orzeł, jak z SS. I pada pierwszy strzał:


Niech płonie ta kurwa!


W tej smutnej retoryce ta kurwa to osoba, która niechybnie wywiesiła baner z napisem STRAJK KOBIET na balkonie. Obrońcy życia, mordercy kobiet. Race rzucane do domu drugiego człowieka, Polaka, sercem takiego jak Ty. Zdeptana w takim dniu flaga może się już nie pozbierać, bo i po co. Chociaż, matka wybacza wszystko. Zresztą w tym kraju łatwo nazywa się zakochane kobiety dziwkami, znienawidzone sąsiadki kurwami, a facetów, którzy nie płacą alimentów, dla ułatwienia-chujami. A ostatnio wszystko i wszystkich bezwzględnie i bezmyślnie – się jebie. Skrótem myślowym.


W sukurs przychodzi mi znowu Defekt Muzgó, samochodowe radio, bo nie można pójść ani na koncert, ani na marsz.


Chyba tylko wojny czas

Może znów połączyć nas





No, kuźwa – zbawienie. Zbawienie poprzez wojnę. Braterską. I co tam profetyczna „Epidemia strachu. Contagion”, jak to się dzieje tu, pod moim oknem z malwami, czerwonymi makami, krwawym Mesjaszem narodów, wielkimi hasłami, kotylionami, które są w stanie wytrzeć każdą zapijaczoną albo pełną nienawiści gębę.


Nagłówki krzyczą, wrzeszczą, wiszczą:


Regularna bitwa


Racami w policjantów


Czy to już wojna?


Krwawe zamieszki i starcia, policja użyła broniStado narodowców atakuje policję.

Marsz nienawiści.

Stoję przed placem Zawiszy, no właśnie placem Zawiszy. Zawisza się w grobie przewraca. Ale ja mam jeszcze alternatywę. Proszę policjanta, żeby przepuścił mnie z prawego pasa, że chcę jechać do Polski, dopóki nie zamknęli granic na amen.


Na Alejach Ujazdowskich sporo wojska i policji. Płoną węglarki, pod pomnikiem Romana Dmowskiego smutni narodowcy palą ogniska. Ja też wyjmuję swoją małą wiśniową fajeczkę, nabijam ją z namaszczeniem, podchodzę spokojnie do namiotu z napisem TELEWIZJA NARODOWA (halo, ale ja się nie utożsamiam, to skąd NARODOWA). Muszę spojrzeć im w oczy, a moje dziewczyny patrzą na mnie jak na wariatkę. Matka-wariatka:) Wieniec z logo Legii, wieńce pogrzebowe z krwawym napisem WARA! Co to ma być?


Łapię azymut.Ławka z napisem Niepodległa, grająca hymn. Nie pytaj o Polskę.



A w Łazienkach jeszcze kwitnące wśród opadłych liści świeże stokrotki; oswojony paw, skore do jedzenia z ręki wiewiórki, para zastygła w uścisku na ławce. Rodzina obsypuje się liśćmi, dwóch metroseksualnych trzyma się za ręce. Mijam Japończyka mówiącego po polsku; Białorusina, od którego kupuję orzeszki perorując w naszym wspólnym chachłackim języku, gdzie lepiej, a gdzie już beznadziejnie. I czy kupię obrus świąteczny, żona wydziergała. I ten błogi zapach suchych liści.


Słowem - Polska.




Małgorzata PA

38 wyświetlenia