Une petite mort.


Cześć.


A pamiętasz tamten rok? Rock wydźwięczał się z głośników. I oglądaliśmy filmy z Cybulskim. Każdy ten jego akcent zabawny naśladował. Wino było Patykiem Pisane, a papierosy Caro. Czerwone w miękkim opakowaniu. Palił papierosa i szydził, że on to największa gwiazda, i całą zasraną plejadę przyćmiewa, ha! A potem popierdalał w te i we wte staruszki z osiedla przez zebrę przeprowadzać. Osiedlowy celebryta. Wszystkie te babinki z jego własną, nieżyjącą już, mu się kojarzyły. Więc na odruchu je przez te pasy, jak przez morze czerwone, sru! do ziemi obiecanej przeciwległego chodnika, przeprowadzał. Mówił dzień dobry i do widzenia, usłużny był do zarzygania a jak zaczynał się śmiać, to jakoś wszyscy tak nagle śmiali się razem z nim. A jak go wołali, żeby przyszedł, posiedział, pogadał, to mrużył oczy, ćmił Caro I szeptał :


“a ja mówię

daj mi spokój

ja nie mam ochoty

ja to pierdolę

dziś jestem w nastroju

nieprzysiadalnym”


Uśmiechał się szelmowsko i odchodził w sobie tylko znane, nieprzysiadalne rejony. Odstawał. Ale miękko jakoś tak. Jak wełniany szalik zza kurtki.

Beztrosko minęła nam wiosna dorosłych dzieci.


A potem przyszło lato. Pamiętasz? Wszystko rozpływało się od żaru jak tani plastik. Sukienki przyklejały się do spoconych pleców, lemoniada podrożała w ciągu jednej nocy. Nawet muchy latały ociężale jak ogłupiałe przegrzane helikopterki. Antek puszczał czarnego bluesa, a mi się marzyła Luizjana, en particulier – oh, mon Dieu! - las, mokradła, otwarte ganki i śpiewny południowy akcent.

Tamtego lata nawet on był bardziej przysiadalny. Rozsiadał się ze skandalicznie drogą lemoniadą, obserwował przegrzane helikopterki i wdawał się w chit chaty i długie debaty dosłownie z każdym. Z emerytem spod siódemki, z miejscowym lumpem i z panią z pudelkiem, co Mercedesem przyjeżdżała do chorowitej cioci. Z szelmowskim uśmiechem wyciągał z głowy informacje jak z pieprzonej wikipedii, dzielił się kanapkami własnej roboty I wystawiał miseczki z wodą dla bezdomnych psów. Był szalenie miły. O takich ludziach mówi się “frajer”. Albo “wariat”. Ja o nim mówiłam “deuxième peau”.


Bo wiesz, ja nawet nie wiem, kiedy staliśmy się nierozłączni. Między kanapką a lemoniadą? Między jedną letnią ulewą a kolejną? Pokazywał mi świat widziany swoimi oczami, a ja odwdzięczałam się tym samym. Przenikaliśmy się tworząc rzeczywistość zgoła odrębną i inną od tego, która otaczała pozostałych. Z nikim innym nie tańczyłam bluesa i nikt inny nie patrzył na mnie jakbym była jedyną kobietą na świecie. A to mieszkanie na starym rynku, to szczytowe z witrażami zamiast okien, to chcieliśmy kupić. Tam się chować, gotować, spać, kochać się i kręcić życie. Pełnometrażowe. Tylko on mnie uspokajał.


A wiesz, jak to było dalej? Pojechał ją odwieść do Wrocławia. Nie chciało mu się, ale szkoda mu się jej zrobiło. Przekonał mnie, żebym jechała z nimi. Że pochodzimy po mokrym mieście, znajdziemy urokliwą knajpkę, nacieszymy oczy architekturą. Wzięłam trzy niegazowane wody i kilka paczek orzeszków. Lał deszcz, jakby całe zastępy anielskie ryczały przy melodramacie. Wpadł w poślizg.


(Krzyczy. Niewyraźny bełkot wydobywa się z zaciśniętego gardła. Jego spokojne oczy zalewa ciemność i nagle szaleją bliskie obłędu. Rysy tężeją. Kosmyki włosów przyklejają się do mokrego czoła. Twarz jest pocięta a strużki krwi spływają zygzakiem wzdłuż powbijanych kawałków szkła.

-Zabiłem ją! Kurwa zabiłem ją! Przepraszam, o Boże, przepraszam...

Pada na kolana, zwija się w sobie, przyciska dłońmi kolana do klatki piersiowej, jakby chciał ochronić nieliczne, czyste od krwi kawałki odzieży. Po chwili krzyk zamienia się w żałosny szloch i cichnie. Patrzy na nienaturalnie wykrzywione zwłoki kobiety, którą delikatnie obmywa wzmagający się deszcz. Blask w jego oczach do reszty zalewa ciemność. Z samochodu wciąż dobiega ta tęskna melodia z Mississippi. Śpiewne zawodzenie oblepia jego bezradność zwiniętą koło zmiażdżonej maski samochodu. )



Znasz to? Kiedy stoisz, życie przydaża się na Twoich oczach, a Ty niczym niemy świadek tylko obserwujesz przebieg wydarzeń? Do świadomości nie dociera jeszcze, czego świadkiem właściwie jesteś. Bo jesteś w kompletnym szoku. W smugach deszczu, z rozmazanym na twarzy wodoodpornym tuszem, krwią na kiecce i zasmarkanym nosem. Wiesz? Bezradność sięga zenitu. Sięga pułapu, w którym zatracasz zdolność racjonalnego rozumowania i czucia. Więc stałam tam i myślałam o smaku arbuza. Że tak dobrze smakuje prosto z lodówki, z lodami o smaku kokosa. Tymi, co on je zawsze robił z dodatkiem kakao. I że śmieci nie wyniesione i muszki przylecą. Muszki-wydmuszki-jebuszki.


On się powiesił, wiesz? Myślisz, że samobójcy idą do Nieba?

Deuxième peau.

Ciągle czekam, aż stanie w drzwiach, z Caro w jednej dłoni i ze skandalicznie drogą lemoniadą w drugiej i powie:


“tak się czasami zdarza

że jestem w nastroju nieprzysiadalnym

tak się zdarza zazwyczaj

że jestem w nastroju nieprzysiadalnym

siedzę sam przy stoliku

i nie mam ochoty dosiąść się do was

choć na mnie kiwacie”


Może wtedy stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było.


Kończę już. I tak zajęłam Ci dużo czasu. Pomyślałam, że może chcesz wiedzieć. Dbaj o siebie i jedź w końcu do tej Luizjany. Życie takie krótkie, możesz nie zdążyć.

En tant qu'amie, je veux ce qu'il y a de mieux pour toi.

Czekam na kartkę. Taką z krokodylkiem.


Boska ławka rezerwowych

www.fourthsonshop.com

129 wyświetlenia9 komentarz