Wszystkie nieszczęścia świata cz. 1


Gdybym zaczął od tyłu, to bym zjadł puentę, a gdy próbuję od początku, to brakuje wyrazistej strzały.


Wstałem o 5.30.


Miałem czas na wszystko, zwłaszcza, że torba już spakowana, materiały na spotkania również, nic tylko umyć zęby, ogolić się, zjeść coś przed wyjazdem. Nawet kawę wypić. Kawa jest ważna. Od jakiegoś czasu codziennie rano trąbię kubek z trzech łyżek rozpuszczalnej i odrobiną mleka. Nie wiem co mi tak w niej smakuje. Chyba nic.


Zapewne chodzi o rytuał.


Ty też masz swój, więc wiadomo, nie dziwota. Piję, jem, nawet schładzam się jeszcze w zimnej wodzie wanny. Nic mi nie jest. Zamawiam taksówkę.


Wychodzę i stwierdzam, że jeszcze nie przyjechała. Siadam na ławeczce pod blokiem i spoglądam na zegarek – 10 minut do odjazdu pociągu. Podnoszę się z ławki, ruszam się nerwowo, wyglądając (cóż za ironia losu) morskiego Hundaia. Ja, właściciel „Morskiego konika”, obawiam się, że morski Hundai spóźni się, czyli nie przyjedzie w czasie jaki mu przeznaczyłem na przyjazd. Wreszcie jest! Widzę jak nadjeżdża z lewej. Daleko. Stoję na ulicy i nie mam śmiałości machać. Bo i torbę trzymam, i po co, zaraz tu podjedzie.


A tu morski Hundai skręca pod blok, ale nie ten, tylko wcześniejszy.


Ocipiał?

Zegarek. 7 minut do odjazdu pociągu. Od miesiąca już niczym innym nie żyję, jeno, żeby się wyrwać i trochę z poetami pobyć, z całego naszego, od końca do końca jakże pięknego kraju. A tu jełop morski podjeżdża pod inny blok! Chuj nie Hundai! No i wyjeżdża. Zauważył, że to nie ten. Stoję na środku drogi i warczę na niego. 6 minut. Wsiadam. Ruszamy. Światła na szczęście zielone. Stoimy tylko na ostatnich. Wyliczamy za kurs i płacę taksówkarzowi na tych wolno zmieniających się w zielone światłach.


Mówiłem, że pierwsze zdanie winno być jak strzała? A to teraz się przydaje – bo z taksówki, i z torbą, wylatuję jak strzała.

Lecę.

Kładka.

Już jestem na górze.

Widzę pociąg.

Zbiegam na dół.

Jebany peron. Muszę przebiec cały, nawrócić i wbiec na ten obok.

Słyszę gwizdek konduktora.

Lecę jak strzała, więc nie przyspieszam, bo nie ma z czego.

LECĘ.

Nawrotka.

Dziesięć kroków do podbiegnięcia.

A tu świst i odjeżdża.

JEBANY

Jedzie.

STÓJ!

Macham, choć i z torbą na morskiego nie machałem, to na pociąg sobie pomacham. Żeby stanął. Zatrzymał się, łamane na, może ma lusterka?

Nie ma.

Przyspiesza.

A ja zwalniam.

I staję zziajany

Jak ostatnia szmata…

Zostawił mnie pociąg.

A tyle przygotowań

Patrzę za nim oczami

Oszołomionego królika.

Pochylony, łapię oddech – oddechy są najważniejsze.

Zerkam na ludzi na peronie.

Chyba miałem kibica w osobie sympatycznego dziadka w jasnej koszuli szczodrze wpuszczonej w spodnie. Patrzył to na pociąg, to na mnie, podkręcił dłonią i wydał krótkie – ejś...

Nosz kurwa!

Patrzę jeszcze raz na odjeżdżający i znikający pociąg. Doklejam do niego swoją frustrację i żal i rozciąga się niewidzialna guma naszego złączenia. Jebane Intercity do Głogowa odjeżdża z doklejonym do zderzaka moim sercem. Wyrwał duszę. Jedzie. A ja stoję.


I myślę, co dalej…


Duch Osobny


Ebook On



79 wyświetlenia