Wszystkie nieszczęścia świata cz. 2

Aktualizacja: lip 21


Odzyskuję przytomność i idę do kasy biletowej oddać bilet. Dostaję zwrot, minus 15 procent. Dobre i to.

Biorę taksówkę szarą jak ściera, żadną tam MORSKĄ i wracam do domu. Dzwonię do wszystkich, no bo tragedia, spóźniłem się na pociąg. W ostateczności mogę jechać autem.

I chuj.

Jadę.

Jak przygoda to przygoda.Przed wyjazdem sprawdzam którędy najlepiej dojechać, ale po drodze zmieniam kurs. Nie wiedzieć czemu obieram najdłuższą trasę. W sumie 680 km zamiast 605. Podkreślam, nie umiem odpowiedzieć dlaczego, więc nie pytajcie. Tak wybrałem, bo tak mam, jak mawia podwórkowy klasyk.


Kiedy przejeżdżam ponad pół tysiąca kilometrów, jestem jakieś 150 od celu, nawigacja sama podpowiada, że znalazła krótszy dojazd i zaoszczędzę 13 minut. Oho, 13 minut. Nie w kij dmuchał. Oczywiście decyduję się na jej wariant.


Zaczynam stosować się do wskazówek. Najpierw z ekspresówki zjeżdżamy z moją nawigacją na drogę krajową, z krajowej w lokalną, z lokalnej w dojazdową, aż w końcu - między działkami popierdzielam.


Dolnośląskie działki pod Wrocławiem, w jakiejś zapyziałej dziurze. Jeżeli ktoś tu był, to pozdrawiam. Cisnę 20 na godzinę, więcej się nie da. A to się okazuje i tak jakiś ważny węzeł komunikacyjny. Oto z naprzeciwka też jadą auta. Wymijamy się praktycznie tak, że jeden stoi, drugi delikatnie kręci, żeby nie zarysować tego stojącego.


- 13 minut! - weź ty się w łeb puknij – krzyczę do nawigacji.


Najgorzej, że gdy zaczęły pojawiać się tablice z OBJAZDAMI, moja gwiazda nawigacji rzekła tylko: - A dalej prosto.

Mam do wyboru jechać do Haszczeli, albo objazdem do Kleszczeli, i którą drogę wybrać? Zapomniałem przed podróżą przygotować się z topografii tych znaczących metropolii i kompletnie nie wiem gdzie jestem.

Wyjeżdżam w szczere pole.

Dość.

W aucie mam skitrany ostatni papieros.

Czas wysiąść, zadzwonić do ojca, zapytać co u niego i zapalić.

Ojciec sobie leży i mówi, że może rower pospawa. A mi od razu robi się sielsko i zwyczajnie. Wsiadam z powrotem do auta i godzę się z nawigacją.

Jeszcze raz wpisuję: GŁOGÓW, i dopisuję- TYLKO NIE KOMBINUJ.


Znajduje jakieś wyjście z pola.

Można by bronę doczepić i pożytkiem się wykazać. Choć to raczej czas pierwszych plonów. Na teraz to tylko mój wkurw da się żąć i ustawiać w snopki.

Wyjeżdżam na kawałek asfaltu.

Do celu zostało nieco ponad 50 kilometrów. Muszę znowu zatankować. Dojeżdżam do stacji ORLEN. Biorę paliwo, zamawiam kawę, dostaję zdrapkę i... wygrywam.

- Chyba coś wygrałem – anonsuję sprzedawcy niby od niechcenia, jakbym dziś cały czas, permanentnie coś wygrywał. Podaję wydartą zdrapkę.

- Tak, oczywiście.Pan podaje mi napój za 3,99 a ja przy pozostałych klientach robię minę, która mówi - WIDZITA !

I wychodzę.


Przekręcam kluczyk w stacyjce, ruszam spod stacji. Jest niecałe 50 km do celu, w tym momencie zapala się kontrolka CHECK ENGINE.


Niech to szlag!


Natychmiast zatrzymuję się na maleńkiej zatoczce dla lokalnych PKS-ów, włączam awaryjne i biegiem wracam na stację. Muszę jednak dokupić fajki. Dość tych stresów i 30 stopni. Tym razem wchodzę na stację z miną, która mówi - NO CO SIĘ TAK PATRZYTA!


Zapalam papierosa, teraz trzeba wymyślić, co dalej…



Duch Osobny

Ebook On




52 wyświetlenia