Ze świątecznego frontu


Wigilia. Pierwszy alarm w telefonie zadzwonił o szóstej trzydzieści. Drugi o szóstej czterdzieści pięć. Ostatni o równej siódmej. O siódmej dziesięć zwlokłam się z łóżka. Połamana i niewyspana. Na szczęście poranna rutyna nie zajęła mi dużo czasu. Dwadzieścia minut póżniej byłam gotowa. Zawiązałam na głowie góralską chustkę, którą nazywałam hajdżabem beskidzkim i zarzuciłam na ramię torbę. Pokój obrzuciłam spojrzeniem. Był taki jak zawsze.


Wielka tkanina wykonana techniką dywanową wisiała nad moim łóżkiem. Zakupiłam ją ponad dwa lata temu od pewnej Angielki. Przedstawiała Kabę, czarny sześcian w samym środku świętego meczetu w Mekce. Obok wisiał podłużny obraz, również w formie tkaniny. Ten dostałam od Pana Szejka. Widniało na nim dziewięćdziesiąt dziewięć imion Allaha.


Na stoliku obok łóżka książki. Ajahm Brahm i jego buddystyczne rozważania oraz islamski feminizm w kilku wydaniach. Pierwsza część Masnavi, autorstwa Rumiego, zwana perskim Koranem i podstawą Sufizmu. Kilka książek Teal Swan, kontrowersyjnej nauczycielki duchowej New Age. Oraz jedna bardzo piękna książka Jasmine Mogahed, islamskiej psycholog. Obok tego świąteczne kartki od znajomych i otwarta czerwona torba z anatomicznym gumowym sercem naturalnej wielkości.


Cały mój galimatias.


Schodząc na dół usłyszałam chrapanie dobiegające z pokoju Rumunki. Znowu nocował u niej jej angielski chłopak. Zastanawiałam się jak to możliwe, że z nami nie chce rozmawiać mówiąc, że nie rozumie angielskiego, ale z Anglikeim to już potrafi. Nigdy nie zapomnę wiadomości tekstowej, którą mi przysłała. Pisała w niej pięknym angielskim, że nie chce mieć żadnych przyjaciół, bo przyjechała tutaj tylko zarobić trochę kasy. Trudno. Musiałam ją zostawić w spokoju. Na szczęście druga współlokatorka, Angielka, była bardziej kontaktowa.


O godzinie siódmej trzydzieści siedziałam już w samochodzie jadąc do pracy. Świąteczne światełka migotały wokół mijanych domów. Prowadząc samochód zauważyłam też kątem oka kilka choinek w oknach. Oraz garstkę ludzi, którzy gdzieś śpieszyli z rana. Gdyby to było w Polsce pomyślałabym, że idą po ostatnie wigilijne zakupy. Ale przez ponad osiem lat w Anglii zupełnie straciłam świąteczny nastrój.


Najgorsze były pierwsze Święta. Spędzone w domu bez ogrzewania w towarzystwie kobiety z Rumunii i wielkiego grona chłopaków z Indii. Wieczorem w świąteczny wieczór płakałyśmy z Rumunką wymieniając się kolędami z naszych krajów. Tamta Rumunka była inna niż ta, z którą obecnie mieszkałam. Drugie Święta na emigracji spędziłam w towarzystiw Bułgarskim. Było lepiej. A potem jakoś już poszło. Hindusi, Rumunii, Bułgarzy, Anglicy... Święta spędzałam z tym, kto się akurat nawinął. Najfajniej było z Ahmedem, kiedy choinkę rozłożyłam w pobliżu jego maty do modlitwy. Teraz to połączenie już zawsze kojarzy mi się z domową atmosferą.


Był też czas kiedy Święta przyszło mi spędzać zupełnie w samotności.


Rozmyślając nad Świętami na emigracji dojechałam do pracy. Tam panował nastrój. Bajecznie przystrojone choinki stały w obu salonach domu bawiąc kolorowymi światełkami. Po krótkiej rozmowie z dziewczyną z nocnej zmiany zabrałam się cichutko za sprzątanie. Mały jeszcze spał. Był to nastolatek z porażeniem mózgowym. Nie mówił. Nie chodził. Jadł i pił tylko dzięki plastikowej rurce, której otworek miał powyżej pępka. Wytarłam kurze przestawiając cicho wszystkie obrazki na półce. Na każdym z nich był Jezus. Jestem dzieckiem Boga... pisało na jednym z nich. Mały był dzieckiem Boga. Miał wielkie niebieskie oczy i szparę pomiędzy każdym zębem. Kiedy się uśmiechnął wyglądał bosko.


Wszyscy byliśmy dziećmi Boga. Tego samego. Ale nie wszyscy o tym pamiętaliśmy. Pracowałam dla rodziny mormońskiej. Był to dom nie tylko bez alkoholu, ale i bez kawy i herbaty. Opiekunki obowiązywały reguły ubioru, które nakazywały dużą skromność. Śmiałam się z tych reguł, bo mój własny styl, zaadoptowany od muzułmanów, był bardziej restrykcyjny. Nie raz chodziłam z Małym do mormońskiego kościoła ubrana w długą tunikę i turban. A pan na wejściu mówił do mnie zawsze „dzień dobry siostro”.


Witam bracie.


Tęskniłam za mormońskim kościołem. Ale w czasie pandemii odwołane zostały wszystkie zgromadzenia. Także te w kościołach i meczetach. Zresztą, kościoły to już chyba zaczęli zamykać lata wcześniej. I przerabiać na kawiarnie i kluby hobbystyczne. Tylko tak mogły przetrwać budynki. Kiedyś na targu zorganizowanym w starym kościele sprzedawałam broszki własnej roboty. Nigdy nie zapomnę jak w jedne Święta wybrałam się do kościoła wieczorem, po to tylko, aby odbić się od drzwi. Zastałam tam kartkę z napisem... msza wieczorna odwołana. Wróciłam do domu smutna. Śmiał się ze mnie doktor Ahmed, mówiąc, że powinnam zostawić na tej kartce wiadomość... „jak mi jeszcze raz kościół w Święta zamkniecie, to przechodzę na Islam.”


Na emigracji, na początku, chce się polskości. I polskiego Boga. Bardzo się tęskni. Ale szybko okazuje się, że ta emigracyjna polskość nie jest taka jak w rodzinnym kraju. Szybko okazuje się też, że i rodzinny kraj cię odrzucił. Bo przecież miarą lojalności do swoich jest niechęć do innych. Kościoły i serca nie zawsze są otwarte. A ty musisz sobie radzić. Więc idziesz dalej w poszukiwaniu otwartych ramion. I czasem może się okazać, że bardziej otwarte są meczety...


Dzień w pracy upłynął mi spokojnie. Rutyna wlokła się powoli, godzina za godziną. Od podawania leków do posiłku, od posiłku do przebierania. Po południu mama Małego przyniosła mi prezent świąteczny. Dwa lata zajęło mi budowanie dobrej relacji z tą rodziną. Dwa lata ze mną nie rozmawiali. Byli to chyba najbardziej zamknięci ludzie jakich poznałam w Anglii.


Na początku dobrze mi było na północy Anglii w tej religijnej atmosferze Ahmeda. Nikt nie kupował mi wibratora na urodziny twierdząc, że kwiaty są za bardzo osobiste. Szef nie proponował mi rozbierania za dwieście funtów na godzinę. A manager nie ściągał przede mną koszuli następnego dnia po przyjęciu do pracy. Czułam się bezpieczna. Zwłaszcza w turbanie i długiej tunice. Czasem było śmiesznie. Tak jak wtedy gdy odkryłam, że w pobliżu mojego domu jest kościół baptystów, meczet, sex shop i sklep z polską żywnością. Ale wszystko do czasu. Bo religijny światek ma swoje ogromne cienie. Miarą lojalności do swoich jest niechęć do innych... Tutaj też panowała ta zasada...


Shirk! Wrzeszczeli muzułmanie kiedy mówiłam im o Świętach. Nie zawsze mogło być tak jak z doktorem Ahmedem. I nawet sam doktor Ahmed zaczął trząść się ze strachu przed odrzuceniem ze strony swoich współwyznawców. Dostał paranoi i pewnego dnia schował mnie w szafie ze strachu przed swoim landlordem. Siedzenie w szafie było śmieszne. Straciłam już polską wrażliwość, więc w ciemności przewracałam tylko oczami. Ale po wyjściu z szafy stwierdziłam, że ludzie są głupi. Bo o własne zbawienie walczą z drugim człowiekiem.


Pracę skończyłam o godzinie ósmej wieczorem. Kolejne dwanaście godzin. Przekazałam Małego nocnej zmianie i pojechałam do domu. Podziwiając migające ozdoby świąteczne na ulicach myślałam o tym wszystkim, co przeżyłam na emigracji. O potrzebie przynależności, która szybko wyparowała zastąpiona przez uczucie złości. Bo kazano mi wybierać. Pomiędzy tym co kocham, a tym co kocham. Wystawiłam wtedy palec środkowy we wszystkich kierunkach. Poznałam jak smakuje kryzys tożsamości.


Zaparkowałam przed domem. Przypomniało mi się jak wczoraj siedziałam z Angielką na naszych schodach wyłożonych dywanem. Angielka przepraszała mnie, bo znowu była pijana. Miała czkawkę i śmierdziała papierosami. A ja przepraszałam ją za to, że nie piję. I noszę na co dzień długie tuniki i turban zwany hajdżabem beskidzkim. Angielka miała kryzys i tłukła się pijana po nocy. A ja miałam kryzys, bo nie mogłam przez nią spać. W tamtym momencie też miałam ochotę się napić. Wytrąbić całą flaszkę wódki. Ale kiedyś podjęłam decyzję. Dla samej siebie. Nie dla ludzi. Angielka przytuliła mnie i powiedziała, że już będzie cicho. Powiedziała też, że jesteśmy wszystkim.


Wszystkim jesteśmy, powiedziała poprzez swoją czkawkę, śmierdząc wódką i papierosami.


Myśląc o Angielce, która ze mną rozmawiała i o Rumunce, która mnie unikała zjadłam puszkę sardynek i kromkę suchego chleba. Jutro planowałam wizytę u polskich znajomych. Posiedzenie przy prawdziwym świątecznym stole.


Wszyscy wiemy, że Święta Bożego Narodzenia to połączenie tradycji chrześcijańskich z pogańskim świętem niezwyciężonego Słońca i Mitry. Spłatali nam figla na soborze w Nicei. Wszyscy wiemy też, że czarny sześcian, zwany Kabą, istniał w czasach przed-islamskich. Był świątynią trzystu sześćdziesięciu bogów staro-arabskich. Spojrzałam na tkaniny na ścianie. Na Kabę i dziewięćdziesiąt dziewięć imion Boga. Angielka miała rację. Byłyśmy wszystkim. Od jakiegoś czasu czułam, że wszystkie kraje i wszystkie religie współistnieją we mnie. W zgodzie. Czułam się połączona nie tylko z każdą istotą na ziemi, ale także z nieożywioną materią. Od jakiegoś czasu potrafiłam też dostrzec aurę.


Tylko trzeba mi było wybrać jakąś drogę. Jako język komunikacji z tym, co Najwyższe.


Wzięłam prysznic i ułożyłam się wygodnie w łóżku. Na stole obok piętrzyły się książki o wszelkiej tematyce. Była tam też czerwona torba z gumowym anatomicznym sercem naturalnych rozmiarów. Dzień Wigilijny dobiegł końca. Zasypiałam ze spokojem.




Bożena Suchanek

70 wyświetlenia0 komentarz